20

lipca 2012
Skomentuj (1)

Los Angeles, Las Vegas, San Diego… A ja najbardziej czekałam na ten cały Wielki Kanion, choć z reguły bardziej pociągają mnie wielkie miasta i ich tętniące życiem ulice niż cuda natury. Zdecydowałam się odwiedzić jego zachodnią część, która w całości należy i jest zarządzana przez indiańskie plemię Hualapai. Praktycznie nie jest to teren Stanów Zjednoczonych. Obszar ten nie podlega jurysdykcji stanu Arizona. Posiada swoje prawo. Lepiej więc nie łamać tam żadnych przepisów, bo sądzenie według tamtejszych reguł może być dość skomplikowaną procedurą.

Grand Canyon West Rim stosunkowo niedawno zagościł na dobre na turystycznej mapie świata. Jeszcze niedawno przewodniki oraz biura podróży informowały o nim dość lakonicznie. Do dziś w sieci panuje niesamowity chaos odnośnie do cen za wejście i atrakcje na tym cudzie natury. Zastanawiało mnie to. Gdy tam dojechałam, wiedziałam już o co chodzi. Indianie wiedzą co to biznes! A jako że wokół rozpościerają się pustynie i totalne pustkowia, turyści po kilku godzinach jazdy nie mają wyjścia – muszą sięgnąć głębiej do kieszeni, bo przecież nie ma sensu zawracać. Gorzej jak złapią w trasie gumę, o co nie jest trudno, bo takich usług Indianie niestety nie oferują.

Do zachodniej części Kanionu dojeżdża się bowiem drogą przypominającą autostrady na północy Brazylii, o których opowiadał mi kiedyś Wojciech Cejrowski. Dwa samochody się nie miną. Droga nieutwardzona. Kamienie, piach i dziury. Autokarem tak telepało, że z zamkniętego nad siedzeniami schowka zaczęły wylatywać różne, bliżej niezidentyfikowane przedmioty. W większości jakieś pasy bezpieczeństwa z metalowymi klamrami. Aż się do mnie przysiadł jeden Hindus. – Tu będzie bezpieczniej – odetchnął. Chociaż ja wcale taka pewna nie byłam. W takich warunkach po około 13 milach dojechaliśmy do parkingu i małego lądowiska dla helikopterów. Tutaj prywatna podróż się kończy. Własne pojazdy trzeba zostawić i zapłacić za to 20 dolarów (!), a następnie wykupić odpowiedni pakiet wycieczkowy (najtańszy 44 dolary) i udać się do miejscowego busa, który dowozi do punktów obserwacyjnych Eagle Point i Guano Point oraz słynnego Skywalk.

To właśnie w głównej mierze przez Skywalk wybrałam zachodnią stronę Kanionu a nie, na przykład, południową. Reklamowany jako spacer po niebie szklany podest, wystający na 20 metrów poza krawędź Kanionu, to największa atrakcja tego miejsca. Pod nim znajduję się ponad kilometrowa czeluść. Jednorazowo na Skywalk może wejść 120 osób. Przyjemność ta kosztuje kolejne 30 dolarów. Przed wejściem przechodzi się ścisłą kontrolę jak na lotnisku. Należy zostawić wszystkie torby a w szczególności… aparaty fotograficzne. Ten fakt spowodował, że ostatecznie w powietrzu sobie nie pospacerowałam.

Co im szkodzą te aparaty? Oficjalna informacja głosi, że chodzi o... bezpieczeństwo. Żeby przypadkiem się nie wyślizgnęły i nie porysowały skał nie przepadły na zawsze. Jak miło, że kochani Indianie pomyśleli o wszystkim. Jednocześnie nikt nam nie zabrania chodzić z aparatem przy samej krawędzi Kanionu, gdzie nie ma żadnych barierek. Akurat dobrze, że ich nie ma, bo zabiły piękno tego miejsca. Boję się jednak, że w przyszłości jakieś śmieszne paragrafy nakażą zeszpecenie natury. Oczywiście Indianie nie pozwoliliby sobie, żeby turyści opuszczali ich teren niezadowoleni z powodu braku zdjęć ze Skywalk. Jest "profesjonalny" fotograf, którego dzieła można potem zakupić za "jedyne" 30 dolarów za sztukę. I to w specjalnych kanionowych pozach! A nie z jakimiś tam dziubkami...

Miejscowe plemię zadbało również o prezentację swojej kultury. Ranczo Hualapai, miasteczko jak z dzikiego zachodu, zabawia pokazami jazdy konnej oraz sztuczek z lassem. Typowy kicz. Oprócz tego, można tam zjeść lunch, składający się z tradycyjnych indiańskich potraw, który mieliśmy wliczony w cenę, a którego zjeść nie zdążyłam. I podobno nie mam czego żałować, bo trzeba było odstać swoje w kolejce, a i jedzenie nie powalało na kolana. Istnieje możliwość spędzenia tu nocy za… 150 dolarów.

Za następne 160 "bucksów" natomiast można wykupić sobie lot helikopterem połączony z wycieczką pontonem po rzece Kolorado w głębi Kanionu. Jak słyszę o lataniu, to nie ma siły, żeby mnie powstrzymać. I… szczerze tej atrakcji nie polecam. Helikopter leci tak nisko, że wizję widoków zapierających dech w piersiach trzeba szybko odkładać na później. Byłam przekonana, że będzie to niezwykłe przeżycie. Tymczasem nie poczułam nic, co warto byłoby opisywać i przekazywać z pokolenia na pokolenie tak, jak moją poprzednią przygodę z tym środkiem lokomocji nad Rio de Janeiro. Już lot motolotnią nad Kielcami był o wiele lepszy :). Ale wróciłabym na Wielki Kanion. Tylko na inną stronę. Na pewno wrażenie jego wielkości i czaru potęguje jeszcze magiczna pora zachodu słońca.

Cdn…

Na zdjęciu: "pokazowy" Indianin z plemienia Hualapai dumnie pozuje na tle swojego domu, zachodniej części Wielkiego Kanionu.


Komentarze do wpisu: Dodaj nowy komentarz

Candida (2017-05-16 00:43:30),


Hi there are using Wordpress for your site platform? I'm new to the blog world but I'm trying to get started and create my own. Do you need any html coding knowledge to make your own blog? Any help would be really appreciated!