08

grudnia 2011
Skomentuj (1)

Nigdy nie wyjeżdżam nigdzie w ciemno. Przed każdą podróżą czytam o miejscu, w którym będę. Nie tylko dlatego, żeby coś o nim wiedzieć, ale też, a może przede wszystkim dlatego, że mnie to po prostu interesuje. Uwielbiam atlasy geograficzne, wszelkie albumy z setkami fotografii, książki podróżnicze.

Takie przygotowanie do wyjazdu sprawia, że w głowie rodzi się wyobrażenie o danym miejscu. Szybko to wyobrażenie zostaje jednak zweryfikowane. Czy to nie ciekawe? Człowiek przegląda zdjęcia, czyta, szuka informacji. Wydaje mu się, że wszystko już wie, a kiedy dociera do celu, to i tak wszystko wygląda inaczej. Taką moc ma nasza głowa.

Przed wyprawą do Tajlandii moim celem numer jeden było sfotografowanie mnicha. A następnie zdjęcie z samym duchownym. Przyciągający obiektyw, niscy, wygoleni, odziani w piękne, szafranowe szaty – tak ich sobie wyobrażałam. Miałam nawet wyimaginowany kadr. Mnich modlący się przed posągiem buddy albo najlepiej spacerujący z tygrysem na smyczy u boku. Przecież w każdej książce były takie ujęcia!

Szybko okazało się, że tygrys odpada. Mnichów z tygrysami można jedynie spotkać w Świątyni Tygrysa na pograniczu Tajlandii i Birmy. To niezwykłe miejsce jakiś czas temu zostało jednak zamknięte dla odwiedzających ze względu na kilka wypadków. Wiecie, a to kotek się na kogoś rzucił. Innym razem, kogoś pożarł przez przypadek…

W każdym razie do Świątyni Tygrysa wstęp mają tylko mnisi. Kiedy koło niej przejeżdżałam, czułam się jak dziecko w sklepie z zabawkami, spoglądające z pożądaniem na wielki zdalnie sterowany samochód, którego nie może dostać.

Po ulicach Bangkoku wcale tak dużo mnichów nie chodzi. Przynajmniej nie w normalnych godzinach. Wstają wraz ze wschodem słońca i spacerują po mieście z koszyczkami wiadomo w jakim celu. Złożenie ofiary z samego rana oznacza rozpoczęcie dnia dobrym uczynkiem. W mniemaniu Tajów, mnisi wyświadczają im tym wielką przysługę.

Pierwszego mnicha, do którego mogłam podejść, spotkałam dopiero w Kanchanaburi nieopodal mostu na rzece Kwai. – Czy mogę sobie zrobić z panem zdjęcie? – zapytałam jakby nigdy nic. A co mi szkodziło. Oczywiście nie łudziłam się, że sympatycznie wyglądający pan w okularach rozumie jakikolwiek inny język niż tajski. Nie rozumiał. Ale od czego są gesty? Komunikacja niewerbalna? Tak, mogę zrobić zdjęcie. Ale jemu. W żadnym razie on nie zapozuje ze mną.

Okazało się, że i tak miałam szczęście. Niektórzy mnisi, w szczególności ci bardziej zaawansowaniu wiekowo, zasłaniają twarz na widok wszelkich urządzeń elektronicznych. Zależy od człowieka i poziomu jego konserwatyzmu. Podążając jednak za swoim wrodzonym uporem, postanowiłam pytać każdego napotkanego mnicha o możliwość wspólnej fotografii. Odmówiło mi chyba z pięciu.

Jeśli jednak myślicie, że życie doczesne ich nie interesuje nawet w najmniejszym stopniu, to się grubo mylicie. Niemal każdy ma telefon komórkowy i wcale się z tym nie kryje. Samolotem podróżują w pierwszej klasie. Hojny ten zaspany naród tajski z rana.

Na zdjęciu: mnich na tle mostu na rzece Kwai w Kanchanaburi.


Komentarze do wpisu: Dodaj nowy komentarz

MC (2011-12-08 22:32:11),


Dobra historia i fajne porównanie z tym dzieckiem w sklepie z zabawkami :)