27

listopada 2011
Skomentuj (4)

Coś dla fanów przecen, promocji i wydawania pieniędzy – uważacie się za mistrza w poszukiwaniu dobrych okazji? To musicie się sprawdzić w Black Friday!

Ostatni tydzień spędziłam w okolicach Denver w stanie Colorado, w środkowej części Stanów Zjednoczonych. Oczy odpoczęły trochę od komputera, a ja po raz pierwszy w życiu doświadczyłam znanego mi z filmów Święta Dziękczynienia. Warto było pomóc przy ubijaniu ciasta na świeże rogaliki i popłakać przy krojeniu cebuli, żeby później zasiąść do świątecznej kolacji, którą można porównać tylko do naszej polskiej wigilii. Amerykanie wigilii nie obchodzą, więc dzień indyka jest dla nich najważniejszy w roku. To właśnie wtedy zjeżdża się cała rodzina z najdalszych zakątków świata, ludzie kończą waśnie niezgrabnym uściskiem, a zwierzęta przemawiają ludzkim głosem. No, może z wyjątkiem indyków ;).

Różnica pomiędzy naszą wigilią a amerykańskim Thanksgiving Day jest taka, że my po wielkiej wyżerce spalamy kalorie w drodze na pasterkę, natomiast oni w pościgu do… sklepów. I to w pościgu dosłownie! Przyznam szczerze, nie znałam czegoś takiego jak Black Friday przed przyjazdem do USA. Uświadomiono mnie o tym szalonym dniu dopiero tutaj. Koniec kolacji dziękczynnej oznacza początek przygotowań do Bożego Narodzenia. Bo Amerykanie cały czas muszą być "excited so much". Dzień, a właściwie chwilę po Święcie Dziękczynienia, sklepy uruchamiają mega fikcyjne przeceny, a ludzie kompletnie wariują.

Mają sprzedawać telewizory HD po 200 dolarów! Popatrz, ludzie w namiotach czekają przed sklepem z elektroniką – powiedziała do mnie moja nowa amerykańska znajoma, Ashley, pokazując mi świąteczne wydanie miejscowej gazety The Denver Post. Fotografia zrobiona była przy pięknym słońcu, co oznaczało, że niektórzy w ogóle dali sobie spokój z kolacją dziękczynną i postanowili spędzić cały dzień w oczekiwaniu na otwarcie sklepu. W końcu czego się nie robi dla telewizora za 200 dolców. – Jak chcesz możemy po kolacji przejechać się do jakiegoś centrum handlowego, to zobaczysz kolejki na własne oczy – kontynuowała Ashley, widząc moje narastające zdumienie.

Długo szukać nie musiałyśmy. Pierwszy lepszy zakątek z większymi sklepami wzdłuż ogromnego parkingu. Godzina 21:45. – O, są i namioty! Szczerze mówiąc nie spodziewałam się, że będziemy mieć aż takie szczęście – przyznała Ashley. Nie tylko namioty. Termosy, koce, poduszki, krzesełka, a nawet samochody z przeciągniętymi do namiotu kablami, czyli obóz przetrwania wokół sklepów, które miały zostać otwarty równo o północy. Kolejka była tak długa, że zawijała wokół całego budynku. Ale nikt się nie kłócił ani nie przepychał. Ot, spokojna kolejka jak w kiosku po gazetę. Tyle że na siedząco. Przed wejściem głównym w oczy rzucała się duża tablica. Na razie pusta. Po otwarciu znajdą się na niej rzeczy, które już wyprzedano. Żeby ludzie wiedzieli, czy warto jeszcze czekać. Spokojnie jest jednak tylko do czasu. Aż do północy. Później kto wie… Przetrwają najsilniejsi. I co, zakupoholicy, nadal uważacie się za najlepszych w swoim fachu? ;)

Na zdjęciu: ludzie w namiotach, czekający na otwarcie sklepu z urządzeniami RTV i AGD na przedmieściach Denver. Ten żółty kabel na dole kadru dostarcza prąd z samochodu do namiotu :).


Komentarze do wpisu: Dodaj nowy komentarz

Norma (2017-05-16 02:20:27),


I am not sure where you are getting your info, but good topic. I needs to spend some time learning more or understanding more. Thanks for great info I was looking for this info for my mission.

PD (2011-11-27 18:22:30),


Ja też nie :)

Madzik (2011-11-27 18:20:16),


Nie wierzę, że kroiłaś cebulę :P

ML (2011-11-27 13:21:57),


Kabaret :) Pisz Paula jak najwięcej! Pozdrawiam ;)