19

listopada 2011
Skomentuj (2)

Moja podróż do Tajlandii stała pod znakiem zapytania do ostatniej chwili. Wszystko z powodu powodzi, która w październiku nawiedziła południowo-wschodnią Azję. Tajlandia zalana! Żywioł! Katastrofa! – czytałam w komunikatach prasowych. Nawet znajomi się dziwili, że jak to jadę, przecież tam wszystko pod wodą. Takie informacje tylko mnie napędzały. Dzieje się – to najważniejsze. Będzie co fotografować. Jakże więc spory zawód mnie spotkał, kiedy po dotarciu do Bangkoku okazało się, że miasto funkcjonuje bez zarzutu. Jeszcze raz okazało się, że prasa, jeśli nie kłamie, to często bardzo przesadza :).

Poziom wody w rzece Chao Phraya, owszem, był bardzo wysoki. Niemal wszędzie poukładane były worki z piaskiem. Zabezpieczono wszystko łącznie ze sklepami przy ruchliwych ulicach. Ciekawie to więc wyglądało. Wyobraźcie sobie ulicę Sienkiewicza w Kielcach albo Nowy Świat w Warszawie obstawiony białymi worami wzdłuż budynków z małymi przerwami na wejścia. Bo nie znasz dnia ani godziny. Podtopione były tylko skrajne części stolicy oraz baraki przy rzece, skąd ludzie pouciekali do znajomych, mieszkających "wyżej". Prawdziwie zalana, wedle tajskich komunikatów, była północno-zachodnia część kraju. Tam nie miałam okazji dotrzeć.

Północna Tajlandia miała za złe Bangkokowi, że ten pozamykał ujścia wody i bronił się kosztem innych partii państwa. W końcu jednak stolica uległa. W ostatni dzień mojego pobytu w Bangkoku miasto otworzyło włazy, a kilka dni później miała nadejść fala kulminacyjna. Szkoda więc, że musiałam już wyjeżdżać…

Bardzo podobało mi się podejście Tajów do żywiołu. Ani nuty strachu czy paniki, a wręcz przeciwnie! Nasz przewodnik opowiadał nam, że jego mieszkanie jest w połowie pod wodą, a on… cieszy się, bo nie musi wyjeżdżać na Bora Bora, żeby pić drinki z palemką na pontonie! A ma nawet lepiej, bo może sobie pływać obok własnego domu. Autentycznie! Tajowie są przede wszystkim przyzwyczajeni do powodzi. Taki urok tego rejonu. "Małe odstępstwo od normy" nawiedza ich regularnie. I na pewno znajdzie się milion gorszych rzeczy na świecie niż nieoczekiwana kąpiel. Tak do sprawy podchodzą Tajowie. Może to efekt buddyzmu, wedle którego musiałeś nabroić w poprzednim życiu, skoro teraz spotyka cię coś takiego. Masz przyjąć to z pogodą ducha i po prostu sobie z tym poradzić. Oni sobie radzą z uśmiechem na ustach.

Na zdjęciu: mieszkaniec Bangkoku siedzący na workach z piaskiem przy rzece Chao Phraya.


Komentarze do wpisu: Dodaj nowy komentarz

PD (2011-11-20 05:41:32),


Marcin, jedno nie wyklucza drugiego. Buddyzm to bardziej filozofia, styl życia a nie religia. Można więc być zarówno katolikiem jak i buddystą. Przynajmniej wg mnie. Muszę kiedyś o tym napisać :)

MarcinW (2011-11-19 12:31:59),


Ja też chyba mam w sobie coś z wyznawcy buddyzmu. Może to i trochę wstyd jako katolikowi się przyznać ale czasem nawiedzają mnie podobne myśli, tzn. że nasze życie wygląda tak jak sobie na to zasłużyliśmy w poprzednim życiu. Cóż, bez względu na niesprzyjające okoliczności trzeba walczyć. Może w ten sposób zasłużymy sobie na coś lepszego po śmierci :) P.S. Na razie wiary nie zamierzam zmieniać :)