21

stycznia 2014
Skomentuj (2)

Dziadek kilka razy opowiadał mi o zimie, w czasie której trzeba było kopać tunele, żeby się dostać na sąsiednią ulicę. Ubocze, osiedle domków jednorodzinnych, brak asfaltowej drogi. Nikt nie liczył na pługi ani żadną inną pomoc z zewnątrz. Łopata w łapy i do dzieła, bo nie wyjdziesz. Ale... nigdy nie słyszałam w jego głosie narzekania. Wręcz przeciwnie - jego opowieści bardziej zabarwione były przygodą.

Może to po dziadku odziedziczyłam tę chęć przeżywania? Tę radość zawsze, kiedy jestem tam, gdzie coś się dzieje? Jeśli tak, to mu dziękuję.

W tym roku zima szczególnie się kompromituje. Ledwie dwa dni na krzyż mrozu i kilka płatków śniegu. To powinno być dla nas powszednie jak derby Mediolanu dla Paolo Maldiniego. W końcu jest STYCZEŃ. Mieszkamy w POLSCE. I generalnie "sorry, taki mamy klimat". Tymczasem wszyscy białą porą roku są wielce poruszeni. Prasa panikuje gorzej niż nadopiekuńcza matka na widok swojej kilkuletniej pociechy, przechodzącej samej przez ulicę (czemu dalej mnie to dziwi?!). Zamykają szkoły. Koleje nie jeżdżą (to akurat nie nowość). Zastanawiam się, jak dzisiaj byłaby relacjonowana taka zima stulecia z kopaniem tuneli. Pewnie by obwieszczono koniec świata.

Dodawaniem dramaturgii do rzeczy normalnych zaczynamy pomału dorównywać Amerykanom - mistrzom w wyolbrzymianiu wszystkiego. W Stanach, kiedy spadnie centymetr śniegu, zamyka się szkoły, a władze apelują, żeby nie wychodzić z domów. Co najmniej jakby szerzyła się epidemia dżumy. Ostatnio mój amerykański kolega, mieszkający na wschodnim wybrzeżu (czyli tam, gdzie tegoroczna zima zaatakowała bardzo mocno) powiedział tak: "to niesamowite jak media potrafią wykreować dramat. Mamy arktyczny podmuch, burze śnieżną i inne końce świata. A to po prostu chłodniejsza zima".

W Stanach przeżyłam słynny huragan Sandy. Uciekałam przed nim z Nowego Jorku do Filadelfii. Myślałam, że nie wydostanę się ze stolicy świata. Odwoływano kolejne połączenia, stanęło metro. Ale udało mi się. A sam żywioł? Powiało i przestało. Przez tydzień nie było jednak prądu. Jeździłam ładować telefon do kawiarni kilka mil dalej. I wiecie co? Ja i amerykańska rodzina, u której mieszkałam, mieliśmy z tego... niezły ubaw! Palenie świeczek, spanie w bluzach... Od tej pory noszę przy kluczach małą latarkę ;). A uszkodzony dach? Cóż, inni mieli gorzej. W każdym razie wszyscy potraktowaliśmy siłę natury jako przygodę. Tak samo jak mój dziadek te tunele. Bo gorsze są w życiu tragedie i gorsze są też stany pogodowe.

Nie dajmy się więc zwariować. Uśmiech, dobre buty i do przodu. Tylko uważajcie, bo ślisko. Ja już w tym miesiącu na glebie leżałam. Ale ja ogólnie często się przewracam. Na moim ciele to już chyba nie robi wrażenia ;)

Na zdjęciu: przedmieścia Filadelfii (luty 2012).


Komentarze do wpisu: Dodaj nowy komentarz

Lindsey (2017-05-14 21:11:28),


Keep on writing, great job!

MC (2014-01-21 22:04:03),


Pamiętam Twoje wypady do kawiarni.Tylko wtedy można było pogadać.