25

lutego 2017
Skomentuj (0)

Było dokładnie tak, jak sobie wymarzyłam. Tak, jak sobie to zawsze wyobrażałam. Jeszcze tylko nieco ponad sto metrów do szczytu. Nie mam już sił. Idę na ambicji. Wbrew wszystkiemu, bo nogi odmawiają posłuszeństwa. Walczę ze sobą. Ale jestem już bardzo blisko i wiem, że wygram. Głowa niesie resztę ciała. Pogoda sprzyja. Nie wieje. Nic nie leci z nieba. Na wierzchołku czuję nieziemską satysfakcję, ale i ulgę. Przybijam piątki z towarzyszami niedoli. No, w końcu! Wdrapałam się na najwyższą górę Europy, Mont Blanc!

Mówią, że zdobycie szczytu to dopiero połowa sukcesu, bo trzeba jeszcze z niego zejść. A to zejście nierzadko bywa o wiele trudniejsze. Człowiek traci już koncentrację, rozluźnia się, bo przecież osiągnął cel. Organizm jest skrajnie wyczerpany. Dlatego też najwięcej wypadków przytrafia się w drugiej części tej zabawy. Ale w ostatnią niedzielę nad ranem nie trzeba było znikąd schodzić. Zdobyłam swój wymarzony szczyt, z którego... zjechałam windą.

Czułam się, jak prawdziwy zdobywca, a ciągle byłam w centrum Warszawy. Marriott Everest Run nie jest imprezą dla normalnych ludzi. Trzeba mieć w sobie trochę obłędu, żeby brać w niej udział. To 24-godzinny bieg po schodach. "Bieg" w cudzysłowie, ponieważ jest to raczej chodzenie. Zasady są proste. Jedno wejście na hotel Marriott to 42 piętra. Zaczynamy od poziomu -1, a kończymy na 41. piętrze. Jeśli wejdziemy 65 razy, pokonamy w pionie wysokość równą najwyższemu punktowi na Ziemi - Mount Everestowi (8848 m). Ambitni mogą oczywiście iść jeszcze wyżej. Z kolei mniejsza liczba wejść odpowiada innym górom. I tak 5 wejść oznacza zaliczenie Łysicy (612 m), 12 Kasprowego Wierchu (1987 m), 19 Rysów (2499 m) itd. Mont Blanc to 36 wejść. Trzeba zjeżdżać windą.

Organizatorzy MER na ścianach klatki pozawieszali różne motywujące hasła

 

Cierpiałam. Byłam na to przygotowana. Chciałam sprawdzić się fizycznie, zobaczyć, ile wytrzymam, ale też psychicznie. Bo Marriott Everest Run to w dużej mierze głowa. - Miłka, nie wiem, czy przyznasz mi rację, ale uważam, że to jest trudniejsze niż faktyczne zdobywanie gór - zagadałam po którymś z wejść Bogumiłę Raulin, autorkę projektu "Siła Marzeń", która może zostać najmłodszą Polką z Koroną Ziemi na koncie. W grudniu wspięła się na Masyw Vinsona, najwyższy szczyt Antarktydy. Pozostał jej tylko, o ironio, właśnie Everest. - Tak, pod wieloma tak jest - zgodziła się z moją tezą.

Wiadomo, że w wieżowcu nie zmagamy się z problemami typu warunki atmosferyczne, ciśnienie, mniejsza ilość tlenu i kilkadziesiąt kilogramów na plecach. Ale też żadnej prawdziwej wspinaczki nie rozpoczynamy od poziomu morza. Dla przykładu, wchodząc na Kilimandżaro, startujemy od 1800 m n.p.m. Poza tym kręcenie się przez dobę po wąskiej, dusznej, szaroburej klatce schodowej może wpędzić człowieka w depresję. Tu nie możemy liczyć na piękne krajobrazy ani zapierające dech w piersiach widoki wschodów słońca.

Po jakimś czasie niemal każdy wygląda jak zombie. Noga za nogą, automatyzm, krew, pot i łzy. Pewnie też nie bez przypadku wolontariusze, odpowiadający m.in. za oprawę muzyczną imprezy, w pewnym momencie włączyli nieśmiertelny kawałek grupy The Cranberries o tym samym tytule. Pasowało. Ale nie zabrakło też utworu... "Przez twe oczy zielone", zespołu Akcent. Przy tej propozycji jeden z uczestników porwał wolontariuszkę do tańca. Bo MER to nie tylko rzeźnia. To także jeden wielki piknik i integracja. Ludzie się wzajemnie dopingują, udzielają rad i oferują tabletki przeciwbólowe. Tutaj nie ma rywalizacji. Każdy walczy indywidualnie. Ze sobą. Osiąga swoje maksimum.

Ja i Miłka Raulin :)

 

Co może być w tym chodzeniu po schodach ekscytującego?! Kto się na takie coś decyduje?! A jednak. Chętnych było tyle, że ciężko było o pakiet startowy. Przegapiłam trochę grudniowe rozpoczęcie rejestracji. W godzinę po tym, jak ruszyła, mogłam jedynie wybrać 13:00 jako godzinę startu. To znaczyło, że miałam tylko 20 godzin na osiągniecie swojego celu, bo niezależnie od czasu startu, impreza kończyła się w niedzielę o 9:00 rano. Czułam się trochę nieswojo, bo otaczali mnie sami herosi. Uczestnicy to głównie maratończycy, ultramaratończycy, fanatycy runmageddonów i inni goliaci. A ja? Cóż, nigdy nie uważałam siebie za jakąś mocną fizycznie. Wręcz przeciwnie - ciągle wyrzucam sobie, że jestem słaba i za mało trenuję, a większość rzeczy osiągam determinacją i motywacją.

Bieg ukończyło 177 osób. Na Everest spięło się 48 z nich. Wejście na marriottowy Mont Blanc zajęło mi 18 godzin. Pokonałam 1512 pięter.  Osiągnęłam dokładnie wysokość 4914 m n.p.m. Skończyłam o 7:15 rano. W tym czasie miałam trzy dłuższe przerwy - na obiad (w pakiecie jest posiłek w restauracji Champions), na jacuzzi (uczestnicy mogli korzystać z dobrodziejstw miejscowej siłowni Holmes Place) oraz na odpoczynek na ekskluzywnej kanapie hotelu około 4:00 nad ranem. Z tego leżakowania pamiętam jedynie gości hotelowych, ubranych w garnitury, którzy wracali z różnego rodzaju imprez. Mijali mnie i z pewnością nie do końca wiedzieli, czy jestem bezdomna, pijana czy po prostu obłąkana.

- To co, masz już z głowy ten cały Mont Blanc? - zapytała na drugi dzień mama. I wiem, że ona pytała poważnie. Zawsze boi się, kiedy wyjeżdżam w góry. Ale chyba nie liczyła serio na to, że zadowolę się hotelem Marriott? Cały czas mam osobiste porachunki z tym szczytem. Może nawet i, jak to napisał Kuba Radomski w swojej relacji dla czasnabieganie.pl, mam obsesję na tym punkcie. Na pewno podejmę kolejną próbę. Ale już w rakach i z czekanem. Przykro mi, mamo...

PS. Ogromne podziękowania dla Patrycji Bereznowskiej, mistrzyni Europy w biegu dobowym, za porady dotyczące odżywiania na MER, dla Kuby Radomskiego za nieocenione wsparcie oraz wzorową współpracę, dla Izy Kuś i ekipy za odwiedziny podczas biegu i ciasteczka mocy, dla Dominika Rudzkiego, kolegi i wolontariusza na MER za doping i czekoladę oraz dla wszystkich uczestników tej rzeźni, z którymi z soboty na niedzielę miałam okazję zamienić słowo. Jesteście niesamowici :)

Zmordowana, ale szczęśliwa po wejściu nr 36

 

W oczekiwaniu na windę. Za zdjęcie dziękuję Irenie Hulanickiej

 

Na 41. piętrze. Nie wiem, nad czym ja dumam :) Za zdjęcie dziękuję Piotrowi Dymusowi


Komentarze do wpisu: Dodaj nowy komentarz