07

października 2013
Skomentuj (1)

Dlaczego od wczoraj mam to dziwne wrażenie, że śmierć 37-letniego mężczyzny na trasie Biegnij Warszawo stanie się kolejną wymówką dla leniwych? Że słowa "sport to zdrowie" znów będą wypowiadane jedynie w ironicznym kontekście? Dlaczego zamiast próbować trafić do świadomości społeczeństwa, toczą się wzmożone dyskusje o tempie pracy służb medycznych?

Kiedy w niedzielę rano wstałam z łóżka, pierwszym wyrazem, jaki napłynął do mojej głowy, było słowo "odpuść". Nie czułam się dobrze. Szwankowała odporność, spokoju nie dawały problemy z okiem. Od półtora tygodnia brało mnie przeziębienie, które jednak skutecznie od siebie oddalałam. Chciałam się dobrze przygotować do tego biegu. Trenowałam z zegarkiem na ręce telefonem w kieszeni. Ale w obawie przed zwycięstwem wirusa nad moim organizmem, w ostatnim czasie biegałam mniej lub wcale. Piątkowe szuranie (pozdrawiam przy okazji ekipę szuranie.pl) zakończyło się klęską już na czwartym kilometrze. Co jest kurde...

Ale jak to odpuścić? To miał być mój pierwszy start w takiej imprezie. Opłata wniesiona. Numer startowy leży na biurku. Kupiona (wreszcie) koszulka termoaktywna. Biegnę. Chociaż zupełnie nie czułam się na to gotowa.

Ej, Paula, to tylko dyszka!

Wierzyłam mocno w to, co powiedział mi kolega-biegacz. Na trasie takiego biegu dochodzą emocje. Leci się. Może to prozaiczne, ale ważny był też dla mnie dobór muzyki. Co zawsze pomaga mi w trudnych momentach? Linkin Park. W słuchawkach poleciały więc dwie pierwsze płyty, Hybrid Theory i Meteora, a ręka przez cały czas dzierżyła chusteczkę do nosa.

Powtarzałam sobie, że nie mogę za szybko zacząć, bo zaraz zdechnę. Musiałam bardzo kontrolować oddech, bo tego dnia nie był on swobodny. Kiedy jednak ruszyłam, adrenalina skoczyła, a ludzie zaczęli mi przeszkadzać, poczułam się mocna i wolna jak na ekspresówce z Kielc do Skarżyska. Jesteś tu, żeby przekroczyć linię mety, a nie dla bicia rekordu!

I znów ten czwarty kilometr. Kiedy do niego dobiegałam, byłam pewna, że to już piątka. Dmuchany łuk triumfalny, miniscena, drący się przez mikrofon prowadzący... Dopiero cztery tysiące metrów za mną, a ja mam zadyszkę. Zbawienne okazało się kilka łyków wody kilometr dalej. W życiu nie widziałam takiej walki o wodę.  Teraz wiem, jak w bajkach czują się słabsze zwierzęta w wyścigu do wysychającego wodopoju i dlaczego napój ten zwie się życiodajnym. Dorwałam plastikowy kubeczek, napełniłam go, a tam... mucha. Eh, w takiej sytuacji. I... nie pamiętam, czy ją wypiłam, czy nie.

Odpłynęłam na siódmym kilometrze, żeby odżyć zaraz przed końcem. Napędzał widok biegnącego pana po siedemdziesiątce i kobiety pchającej wózek z dzieckiem. Jeszcze mocniej zacisnęłam rękę na nienadającej się już nawet do recyklingu chusteczki i wystrzeliłam przed siebie tak, jak na samym początku. Pokonanie ostatniego kilometra to jedna z najbardziej niesamowitych chwil w moim życiu! Przybijający piątki i dopingujący z boku obcy ludzie sprawili, że nogi same odbijały się od podłoża, nie zważając na ból oraz coraz bardziej dające się we znaki odciski. Mimo zmęczenia, chciało mi się do nich uśmiechać i pokazywać skierowany do błękitnego nieba kciuk. Walczyłam, wygrałam i po przekroczeniu mety byłam z siebie po prostu dumna.

Niestety, nie wszystkim się udało. Po drodze dwa razy widziałam pochylonych nad uczestnikami biegu ratowników. Za linią mety, a jeszcze przed odebraniem pamiątkowego medalu ustąpiłam drogi karetce. Nie miałam pojęcia, że może przebijać się przez ten tłum na próżno...

Co on, po raz pierwszy wyszedł biegać czy jak? - pytali mnie znajomi. Nie. Dziesięciu kilometrów w 45-50 minut nie pokonuje ktoś, kto ze sportem ma do czynienia dwa razy w roku przy okazji letnich wakacji nad morzem i zimowej przejażdżki na nartach. Ten człowiek był wytrenowany.

Zaczęło się szukanie winnych i pytania, czy biegając sobie aby nie szkodzimy. Wiadomo, że lepiej przesiedzieć życie na kanapie z pilotem w ręku, a za jedyny przejaw rozruszania kości uważać kilka kroków po schodach z reklamówkami pełnymi piwa na trasie parking - mieszkanie. I to całe bezpieczeństwo. Obecnie panuje jakaś obsesja na tle tego słowa. Polecam kawałek "Wzorowy" ekipy Parias. Nie ma czegoś takiego jak całkowite bezpieczeństwo. Impreza była naprawdę bardzo dobrze zorganizowana, biorąc pod uwagę liczbę osób. Akurat w momencie, kiedy przebijało się pogotowie, meta była najbardziej oblężonym miejscem w tym kraju.

Na trasie prowadzący cały czas powtarzali, że damy radę, że już nie daleko, że bijemy rekord frekwencji. Zamiast szukać winnych i bić rekordy, skupmy się na tym, jak trafiać do świadomości ludzi, żeby realnie oceniali swoje siły i brali takie starty dla zabawy na poważnie.  I nie piszę tego w kontekście tego 37-latka, bo, powtarzam, on był wytrenowany. Obowiązkowe badania przed biegiem? Może. Na Zachodzie to norma. Bo takie dziesięć kilometrów to wcale nie jest rzut beretem dla niedzielnego sportowca.

Trochę się to gryzie z kulisami mojego startu i w sumie... nie mam nic do usprawiedliwienia. Jednak przeziębienie a problemy z sercem to pewna różnica. Warto się ruszać. Nieważne, w jakiej formie. Najważniejsze, żeby się chciało pokonywać siebie i swoje słabości. Ale w zgodzie z własnym organizmem. Ja pokonałam.

Na zdjęciu: dla odmiany ja - zaraz po biegu.


Komentarze do wpisu: Dodaj nowy komentarz

Marcin (2013-10-07 17:39:37),


Gratulacje :) Ja też się ostatnio przyłożyłem do biegania. Jakoś tak bywa że jesień mnie dopinguje do większego wysiłku. Zawału się nie boję :D Chociaż u mnie już 30 + A co tam, wiek się nie liczy :) Mamy tyle lat na ile się czujemy :)