28

listopada 2012
Skomentuj (1)

Wracam do domu. Po trzynastu miesiącach z dwutygodniową przerwą w lutym. Jakie to uczucie? Nie wiem. Raczej nie dociera to do mnie. Każdy wokół o to pyta, o tym mówi – stało się to dla mnie normalne. Ok., Paula wraca i tyle. Ale sens tych słów jest dla mnie tak niezrozumiały jak motywy działania pedofilów. Nawet teraz, kiedy to piszę, robię to bez żadnych emocji. Tak samo ma Ann, z którą mieszkam. Powiedziała mi, że fakt, że wyjeżdżam, dotrze do niej dopiero w momencie, kiedy w sobotni ranek zapyta, gdzie jest Paula i czemu jeszcze nie jadła śniadania, a jej sześcioletnia córka odpowie, że Paula jest na górze i ogląda mecz ligi angielskiej.

Jestem tuż po kolacji pożegnalnej. Zrobili mi tort w kształcie piłki do nogi, której nikt już tu przy mnie nie nazywa "soccerball". Dostałam czytnik e-booków. – Byliśmy pod wrażeniem tego, jak bardzo chciałaś poprawić swój angielski i ile w tym celu robiłaś. Teraz możesz ściągać książki po angielsku i czytać je gdziekolwiek jesteś, żebyś nie traciła kontaktu z językiem – usłyszałam w argumentacji. Była ona jednak zbędna. Z miejsca pokochałam nową zabawkę, chociaż nie wiem jeszcze, jak się jej używa. Jeśli chodzi o wiedzę na temat nowinek technicznych, to zatrzymałam się gdzieś w gimnazjum. Ja z kolei napisałam wiersz. Przeczytałam go na głos w czasie jedzenia tortu. Podobno dobry. Ktoś tam nawet łzę uronił. Podobno jutro usłyszy go połowa Uniwersytetu Villanova pod Filadelfią.

Nie żałuję ani minuty, spędzonej tu, w Stanach. Przed wyjazdem prześladowało mnie przeczucie, że to wszystko się uda. Że dam radę. Że nie ma opcji, żeby coś nie wyszło. Podchodzisz do rzutu karnego i w głowie widzisz piłkę w bramce. Trzeba tylko uderzyć. Wcześniej to przeczucie miałam chyba tylko raz. W równie trudnej sytuacji. Wtedy mnie nie zawiodło i teraz też nie. Po prostu wiesz, że będzie ok i jest. Dzięki temu po prostu szłam do przodu dzień w dzień, co nie oznacza, że nie bywało ciężko. Było mnóstwo trudnych dni. Dzięki tym wszystkim, którzy mnie wtedy wspierali i podnosili na duchu. W większości robiliście to nieświadomie :). Dziękuję również tym, którzy mnie zawiedli. Tym, którzy przez rok nie znaleźli za dużo czasu, żeby odpisać na maila i napisać, co u nich. Też daliście mi wiedzę.

Dostałam dwa mandaty jednej nocy w Nowym Jorku, żeby później zostały one anulowane, jadłam kolację w jednym z najsłynniejszych hoteli w Las Vegas, Bellagio, bawiłam się na wytwornym weselu w Filadelfii, przeżyłam burzę z piorunami na wysokości 300 metrów nad Wodospadem Niagara, leciałam helikopterem nad Wielkim Kanionem, żartowałam z bezdomnym na plaży w Santa Monica w Los Angeles, w jeden dzień przeszłam pieszo pół Miami, płaciłam mandat za prędkość w Waszyngtonie, chodziłam po Górach Skalistych po stronie USA i Kanady. W sumie odwiedziłam trzynaście stanów amerykańskich i dwa kanadyjskie. Poza tym byłam na dwóch meczach NBA, dwóch zawodowej ligi baseballa MLS oraz jednym futbolu amerykańskiego ligi college'u. Jako akredytowany fotograf robiłam zdjęcia na towarzyskim spotkaniu piłki nożnej pomiędzy reprezentacją Brazylii i Stanów Zjednoczonych w Landover w stanie Maryland oraz reprezentacji USA kobiet przeciwko Chinom w Chester w stanie Pensylwania. Byłam na dwóch koncertach Linkin Park, w Camden w New Jersey i w Bristow w Wirginii. W Camden wygrałam na loterii akredytację prasową na koncert. Sporo widziałam. Nie wszystko opisałam, bo ciągle brakowało czasu. Od października 2011 roku zdołałam zrobić więcej, niż zakładałam i niż sama mogłam sobie wymarzyć!

Teraz czas na kolejną podróż. Najpierw do Frankfurtu, a później do Warszawy. Bo wyjeżdżam żeby wracać jak nawijał Małpa / mój dom to Kielce i to jest święta prawda! Co dalej? Tylko jedno jest pewne – nic nie będzie takie samo…

Na zdjęciu: Times Square w Nowym Jorku. Ten gość przechodził koło mnie, krzycząc "kocham Nowy Jork!" Zapytałam go, czy chce zdjęcie. Chciał :)


Komentarze do wpisu: Dodaj nowy komentarz

joniu (2012-11-30 22:16:09),


świetny wpis!