01

maja 2012
Skomentuj (1)

Na takim weselu pewnie większość moich rodaków by się nie odnalazła. Albo przynajmniej wyszła by z niego niezadowolona, rzucając tekstami w stylu "a idź mi z takim weselem". Ale mnie jako osobie, która nie przepada za tego typu imprezami, się podobało.

– To uroczystość wysokiej klasy. Młodzi są bogaci. Będzie tradycyjnie, ale na wysokim poziomie – zapowiedział mi do ucha ponad osiemdziesięcioletni dziadek Bob jeszcze przed imprezą. I faktycznie. Moje pierwsze amerykańskie wesele bardziej przypominało wykwintne after party po gali rozdania Oscarów niż uroczystość zaślubin, którą znałam z kraju nad Wisłą.

Co wcześniej wiedziałam o amerykańskich weselach? Tyle co na filmach pokazali. Kilkanaście druhien, dziewczynki sypiące kwiaty, białe ozdobione krzesła poustawiane równiutko na świeżo skoszonej trawie… Niewiele w tym przypadku fikcja odbiegała od rzeczywistości, tyle że sam ślub nie odbył się na zewnątrz.

Wysiedliśmy z taksówki przecznicę wcześniej ze względu na brak możliwości zatrzymania pojazdu pod samym budynkiem, do którego dostaliśmy zaproszenie. I nie było trudno go znaleźć, nawet nie znając adresu, chociaż ja bym się wahała czy to aby na pewno to. Dwóch panów w smokingach i białych rękawiczkach przy drzwiach frontowych serdecznie z uśmiechem na twarzy zapraszało nas do wielkiego hotelowego lobby, do którego prowadził długi czerwony dywan (mówiłam, że jak na gali Oskarów, tyle że bez paparazzi). Stamtąd kolejnych dwóch kierowało do windy, która zawoziła gości na dziesiąte piętro, a następnie prowadziła do średniej wielkości sali bankietowej.

Po kolei na salę dostojnym krokiem wchodzili drużbowie, trzymając pod ręką druhny, których było sześć. Później mama pana młodego, prowadzona przez głównego bohatera dnia, kilkuletnie dziewczynki, ubrane w śnieżnobiałe suknie (tzw. flower girls), najmłodsza druhna z małym pudełkiem na rękach, w którym były obrączki, aż wreszcie na końcu szła pani młoda w towarzystwie swojego ojca. – Jesteśmy katolikami, ale nie chodzimy zbyt często do kościoła, dlatego nie zdecydowaliśmy się brać ślubu w świątyni – opowiadał mi pan młody kilka dni wcześniej. I osobiście uważam to za bardzo zdrowe podejście. Gorzej jak za bardzo się w Boga nie wierzy, ale aby zmienić stan cywilny idzie się do ołtarza, no bo przecież co rodzina powie…

Ceremonia nie trwała długo, około pół godziny. Prowadziła ją pani sędzia, która pełniła jednak bardziej funkcję narratora niż kapłana. Zapowiadała kolejnych gości weselnych, którzy odczytywali swoje przemowy na temat młodych. Było i wzruszająco, i zabawnie. Bardzo fajny zwyczaj, dzięki któremu można poznać młodych z innej perspektywy. Z pewnością najbardziej stresującym momentem dla bohaterów dnia były ich własne wcześniej przygotowane mowy, przy których nie obyło się bez łez. Na koniec pocałunek, brak marszu Mendelsona, za to dźwięki gitary, wydobywające się z rogu sali, w której siedział wynajęty muzyk.

W tym samym pomieszczeniu miała mieć miejsce cała impreza. No ale trzeba je było najpierw odpowiednio przerobić. Goście zostali więc zaproszeni na tzw. coctail hour. Młodzi witali się ze wszystkimi. Wokół chodzili kelnerzy z przystawkami. Barmani rozlewali mocniejsze trunki zza wielkiego drewnianego baru. Na środku niedużej sali stał barek z owocami i przekąskami.

A samo wesele? Żadnej wódki na stole ani pod nim. Osobny barek przed wejściem do sali, przy którym służyli pomocą barmani. Obiad, a właściwie kolacja, złożona z kilku części, podawanych w sporych odstępach czasu – przystawka, danie główne, deser. Bo w czasie imprezy przystawek już nie było. Żadnych ogórków ani sałatek warzywnych (oj jak mi się zachciało sałatki warzywnej). Orkiestra grała na zmianę z DJ-em. W jej skład wchodziło chyba z piętnaście osób. Oprócz gitarzystów i perkusisty popis dawało dwóch saksofonistów. Mocną grupę stanowili wokaliści. Kilku panów w białych garniturach dawało show w stylu amerykańskich imprez lat 80. Tańczyli, gimnastykowali się, wychodzili do ludzi i bawili się razem z nimi z mikrofonami w rękach. Wtórowała im wokalistka, dobrze radząca sobie z coverami znanych hitów na czasie na czele z kawałkami Katy Perry czy Lady Gagi. I każdy przy nich bawił się dobrze, niezależnie od wieku. Punkt o północy orkiestra zaczęła się pakować. I nikomu nie trzeba było mówić, że czas wesela dobiegł końca. Młodsi poszli na after party do lokalnych barów i klubów. Starsi udali się do wynajętego kilka kroków dalej hotelu.

Smokingi i muszki nie były obowiązkiem tylko młodych i drużb. Większość gości założyła je na tę okazję. Zwykła marynarka, krawat i koszula (nie daj Boże w innym kolorze niż biały) wydawały się w tym towarzystwie ubiorem co najmniej nieodpowiednim. Amerykanie nie mają za bardzo specjalnych tradycji i zwyczajów weselnych. Podobno najsłynniejszymi są skakanie nad miotłą (?) i rzucanie kwiatów (na nasz wzór rzucania welonu), ale na tym weselu tego zabrakło, choć ponoć zorganizowane było w tradycyjnym stylu.

Pewnie sporo z Was po takiej relacji pomyśli "pewnie nudno i sztywno było". Właśnie nic z tych rzeczy! Można bawić się dobrze bez wódki i przewracających się upoconych wujków. Naprawdę. Z klasą nie oznacza sztywno.

Na zdjęciu: pani młoda na parkiecie.


Komentarze do wpisu: Dodaj nowy komentarz

Leigmar (2015-01-19 12:40:05),


Posted on Fajnie jest przeglądać czyjeś iniaprscje i widzieć tam te same obrazki (przynajmniej niektf3re), ktf3re się samemu kiedyś skądś ściągnęło. ^^ Naprawdę zacny wybf3r. :)