26

czerwca 2019
Skomentuj (0)

Jest głośno. Nawet bardzo. W zasadzie słuchawki w uszach nie mają sensu. I tak średnio lubię używać ich w miejscach publicznych. Wolę słuchać dźwięków otoczenia. – Woda! Słodycze! – krzyczy młody chłopak, obładowany torbami, niemal biegnąc. Z naprzeciwka nadchodzi kolejny. Starszy. W koszulce reprezentacji Brazylii i napisem Neymar Jr na plecach. – Czekolada! Cztery reale! – mówi tak samo doniośle. Mijają się. Zbijają piątkę. Za nimi idzie młoda dziewczyna, targając podarty do granic możliwości plecak. – Portfele! Tanio, dużo kieszonek! – zachwala swój produkt.
 
Przez to wszystko próbuje przebić się dwóch nastolatków. Jeden puszcza muzykę chyba z magnetofonu. Drugi śpiewa. Typowe latynoskie rytmy. Całkiem nieźle im to wychodzi. Obok nich przedziera się niewidomy. Laską zahacza wszystkich stojących obok. On również apeluje o uwagę. A dokładniej o – jakżeby inaczej – wsparcie. Zaraz koło mnie klęka mężczyzna. Na szczęście nie prosi mnie o rękę, tylko wyciąga z torby… opakowania po lekach. Nawołuje, że jest chory, że lekarstwa są drogie, że potrzebuje pomocy, żeby przeżyć. Podciąga koszulkę. Pokazuje na dowód znamiona i blizny na brzuchu. W międzyczasie można się zaopatrzyć w biżuterię, etui na telefon i… golarkę elektryczną.
 
Nie, to nie dzieje się na największym targu w centrum Sao Paulo. To podróż… kolejką naziemną na przedmieściach tej wielkiej metropolii. Prawdziwa Brazylia. Gdzieś kiedyś przeczytałam, że najlepiej kulturę danego rejonu poznaje się w komunikacji miejskiej. Nigdzie nie spotkasz takiego przekroju społeczeństwa w jednym miejscu.
 
 
W takich okolicznościach dotarłam do wschodniej części miasta, na Arenę Corinthians w Sao Paulo na mecz grupowy Brazylii z Peru w Copa America. Nigdy wcześniej nie byłam tak zmęczona po podróży pociągiem miejskim. Głowa pękała. Stop! Wróć! Mecz Brazylii w Copa America…
 
To spełnienie mojego piłkarskiego marzenia. Jednego z ostatnich. Na pewno ostatniego, jeśli chodzi o wyjazd na jakiś turniej. Niektórzy tego nie rozumieją. Pytają: o co chodzi z tą Brazylią? Dlaczego Brazylia? Szczerze? Sama nie wiem. Zaczęło się w 1998 roku na mundialu we Francji i tak trwa do dziś. Gdyby nie Ronaldo, Roberto Carlos, Rivaldo i reszta może nigdy nie zainteresowałabym się piłką nożną. Kto wie? To praktycznie wyznaczyło tor mojego życia. Dla mnie to od zawsze coś więcej niż tylko ulubiona drużyna. Od dziewiątego roku życia serce bije mocniej, kiedy usłyszę wyraz „Brazylia”.
 
A teraz jestem tu – na największej imprezie piłkarskiej w Ameryce Południowej. I to na meczu Brazylijczyków. Pięć lat temu na mistrzostwach świata nie udało mi się trafić na żadne spotkanie z udziałem ukochanych Canarinhos. A dziś stoję kilka metrów od Coutinho, Roberto Firmino, Dani Alvesa i Alissona śpiewających z przejęciem Hino Nacional Brasileiro – hymn Kraju Kawy. Nie ma Neymara. Znów jest kontuzjowany. Ale nikt raczej za nim nie rozpacza. Bardziej niż jego rajdy z piłką wspomina się afery z jego udziałem. Najświeższa – ta z gwałtem.
 
 
– Copa to nie mistrzostwa świata, zobaczysz, jaki organizacyjny bałagan będzie – mówiły mi różne osoby przed wyjazdem. Szczerze to nie łudziłam się wcale, że uda mi się otrzymać akredytację prasową. Ale podjęłam rękawicę. Marzenie o wyprawie na turniej nabrało w mojej głowie realnych kształtów w... Kijowie. Na zeszłorocznym finale Ligi Mistrzów. Spotkałam tam dziennikarza interia.pl, który na tym turnieju już był i zapewniał, że wcale nie jest tak trudno z akredytacją, tym bardziej że raczej nie wybiera się tam tłum przedstawicieli mediów z Europy. W kwietniu znajomy fotoreporter z Brazylii dał mi cynk, że proces akredytacyjny jest już otwarty i podał maila, na którego należy się zgłosić. Spróbuję, a co tam. Jednak nie trzeba było wysyłać faksów, jak wcześniej słyszałam. Ale korespondencja mailowa z Conmebol (południowoamerykańska UEFA) nie była wcale łatwa. Raz odpisywali, raz nie. Trzeba było się uprzejmie przypominać. W końcu przyszła wiadomość: We are pleased to inform you that your registration to CONMEBOL COPA AMÉRICA BRASIL 2019 was approved.
 
Wow! A jednak! Była połowa maja, a ja nie miałam w sumie zorganizowane jeszcze nic. Nie chciałam w ciemno bukować lotów. A szkoda, bo mogłam wcześniej zapłacić za nie sporo mniej. Ale trudno. Jadę na Copa America!
 
Później z tą organizacją było już tylko lepiej. Przyszedł oficjalny informator w trzech językach – po portugalsku, hiszpańsku i angielsku. Zorganizowano transporty dla mediów. Na lotnisku stały stoiska z wolontariuszami. Na stacjach metra w Sao Paulo nie postawiono co prawda znaków ze wskazówkami, jak dostać się na stadion, tak jak to było podczas mundialu, ale nie dało się zabłądzić. Wystarczyło podążać za ludźmi. Metro dociera pod samą Arenę Corinthians. Na miejscu ponumerowane krzesełka dla fotoreporterów, kabel do Internetu przy każdym stanowisku, przedłużacze, darmowa woda, podawana przez wolontariuszy. No Europa. Naprawdę byłam miło zaskoczona.
 
Stanowiska z serwisem i wypożyczalnią sprzętu w przeciwieństwie do mistrzostw świata oczywiście zabrakło, ale nie liczyłam na to. Poleciałam do Brazylii jedynie z obiektywem o ogniskowej 200 mm. Po pierwsze dlatego, żeby nie dźwigać. Po drugie dlatego, że… czemu nie? To trochę taki powrót do fotograficznych korzeni, kiedy człowiek nie dysponował wielkimi szkłami i musiał sobie radzić. Mało tego, jakiś czas temu złapałam się na tym, że za rzadko używam szerszego kąta. A przecież najlepsze cieszynki można robić właśnie w ten sposób, czego mistrzem jest Mateusz Kostrzewa z legia.com.
 
 
Szczęścia niestety nie miałam, bo – o zgrozo – wszystkie wybuchy radości na meczu Brazylia – Peru miały miejsce dokładnie całkiem z drugiej strony ku rozczarowaniu brazylijskich fotoreporterów, siedzących obok mnie. Jeden z nich w pewnym momencie zaczął nawet krzyczeć do Gabriela Jesusa, kiedy ten wykonywał rzut karny, żeby przybiegł z celebracją do nas, ale… napastnik Manchesteru City zmarnował „jedenastkę”. No trudno. Ostatnio na meczach reprezentacji Polski też totalnie nie mam do tego szczęścia. Ale i tak jestem zadowolona. Brazylijczycy wygrali aż 5:0, co jest sporą niespodzianką, biorąc pod uwagę ich występy w dwóch pierwszych grupowych starciach.
 
Wygrali i awansowali do ćwierćfinału Copa America z pierwszego miejsca w grupie. Było to dla mnie o tyle istotne, że już wcześniej zakupiłam bilety lotnicze z Sao Paulo do Porto Alegre, gdzie miał zagrać zwycięzca grupy A. – I tylko dlatego kibicuję im, żeby wygrali – powiedział mi z rozbrajającą szczerością kumpel, mieszkający w Sao Paulo. Brazylijczycy, o dziwo, wcale nie żyją jakoś organizowanym przez własny kraj najważniejszym turniejem na kontynencie. Ale o tym w kolejnym poście… 
 
Gabriel Jesus faulowany w polu karnym. Sam poszkodowany jednak nie wykorzystał jedenastki
 
Powietrzne starcie Brazylijczyków i Peruwiańczyków
 
Czujne oko nad Areną Corinthians
 
Peruwieńscy piłkarze z przejęciem śpiewający hymn swojego kraju
 

Komentarze do wpisu: Dodaj nowy komentarz