04

sierpnia 2014
Skomentuj (2)

- A co, jak pójdę do faweli? - pytam znajomego Brazylijczyka, wychowanego w Rio de Janeiro. - Jeśli pójdziesz kupić narkotyki, to nic. A jeśli nie, to... też nic. Co najwyżej każą ci odejść - odpowiedział. Naprawdę? I tyle? Tyle. Skoro o Brazylii krążą mity, to o fawelach w takim razie bajki.

W czasie pobytu w Rio nie interesowały mnie plaże ani pełne sklepów uliczki na bogatej Ipanemie czy w Leblon. Na słynnej Copacabanie spędziłam może dwadzieścia minut. Liczyło się tylko to - prawdziwe oblicze tego kraju. Wiedziałam, że tym razem muszę iść do faweli. Pięć lat temu, podczas mojej pierwsze wizyty w Brazylii, nie było to jeszcze możliwe. Wtedy nikt by mnie tam nie wpuścił. Teraz, po pacyfikacji, wszystko stało się o wiele bardziej dostępne, mimo że wciąż budzi strach wśród średniej klasy Brazylijczyków.

To właśnie oni najbardziej panikują. Moi gospodarze, jak usłyszeli gdzie chcę się zapędzić, to zzielenieli. Taksówkarz trzy razy się upewniał, czy aby na pewno ma mnie zostawić przy wejściu do slumsów, a nie zawieźć na ich szczyt. I tak by tam nie wjechał. Nawet jakbym zapłaciła mu potrójnie. Jeśli dzieje się coś złego, to w faweli. Jeśli ktoś tam ginie, to na pewno był przestępcą. Jeśli tam pójdziesz, to nie wrócisz. Taki obraz "dzielnic biedy" wykreowały brazylijskie media. Strach przed nieznanym.

Jak jest naprawdę? Pierwszym moim celem stało się wzgórze Vidigal. Tamtejsze fawele obecnie należą do najspokojniejszych w mieście. Mieszkający od roku w Rio Marek Polak, który pisze o fawelach doktorat na miejscowym uniwersytecie i który mi towarzyszy, nazywa ludzi z Vidigal niższą klasą średnią. Za oknami domków widzimy porządne telewizory. Na ulicach stoją samochody. Niedawno powstała nawet poczta. - Wcześniej tu tego widziałem - mówi Marek. Czekamy na mototaxi, żeby wjechać na górę. Fawele dysponują swoją własną komunikacją miejską. Dostaję wysłużony, za duży, czarny kask i wsiadam na mały motocykl z młodym, miejscowym kierowcą. Szukałam wrażeń i znajduję je właśnie tutaj, na tylnym siedzeniu jednośladowca! Droga na szczyt jest stroma, kręta i wąska, a mój kierowca nie lubi spuszczać nogi z gazu. Na poboczu stoi samochód. Z góry prosto na nas jedzie następny. Nie wyhamujemy. Chłopak i tak nie próbuje, tylko pakuje się w metrową szczelinę pomiędzy autami z centrymetrową precyzją. I tak jeszcze ze dwa razy w trakcie wycieczki. Kask zsuwa mi się z głowy, rękami kurczowo trzymam się metalowych poręczy po bokach, czuję, że zaraz spadnę. Kiedy się zatrzymuje, żal mi, że to już koniec. Zdecydowanie chciałabym to powtórzyć.

Daję mu dziesięć reali (ok. 14 złotych) i zsiadam z motocyklu. Na górze jest inaczej, biedniej. Bo w faweli im wyżej, tym bardziej ubogo. Na ogrodzonym boisku dzieciaki grają w piłkę. Zagaduje nas trzech na oko dziesięcioletnich chłopców. - Hi! - krzyczy jeden z nich. Po angielsku. Ale to wszystko, co potrafi powiedzieć w obcym języku. - To też nowość, wcześniej i tego byś nie spotkała - zapewnia Marek. Chodzą do szkoły, uczą się angielskiego, choć na bardzo niskim poziomie. Za wysłanie potomka do szkoły państwo płaci miesięcznie 300 reali (420 zł). Pieniądze otrzymuje matka, bo ojciec może je przepić albo często ojca w ogóle nie ma.

Zmrok zapada w kilka minut. Nie spieszymy się jednak. Schodzimy na dół pieszo po ciemku. Nie ma obaw. Nikt nas nie zaczepia. Marek opowiada mi o klubach piłkarskich z Rio. Naszą rozmowę słyszą siedzący obok na ulicy mężczyźni i komentują. - Mówią tylko, że tłumaczę ci, kto tu komu kibicuje - uśmiecha się mój przewodnik. Rzucamy się w oczy, ale nie jesteśmy dla lokalnych niczym nowym. Tutaj i w faweli obok, Rocinhi, widuje się już dość często białych turystów.

Co innego w północnej części Rio. Tam znajdują się najbardziej niebezpieczne fawele w mieście. - Nie do wszystkich mogę cię zabrać - przestrzega mnie mój towarzysz. Niektóre non stop otacza policja militarna. Co będzie po mistrzostwach świata i po igrzyskach, jeśli ona stamtąd wyjdzie? - Nikt tego nie wie, może być jeszcze gorzej niż przed pacyfikacją. Nastąpi efekt jojo - prognozuje Marek. Jedziemy do okrytej złą sławą Complexo do Alemao, gdzie nawet już w trakcie mundialu zdarzały się strzelaniny. To olbrzymi kompleks pięciu fawel, który zamieszkuje niemal 100 tysięcy ludzi. Pacyfikacja nastąpiła tu w 2010 roku. Wojsko i policja wsparte śmigłowcami i opancerzonymi wozami przez tydzień walczyły z bandytami.

Przy Maracanie przesiadamy się z metra do pociągu, jadącego na przedmieścia Rio. Stadion i Alemao dzielą jedynie trzy stacje. Po drodze mijamy inną fawelę. Przypomina kompletną ruinę. O tym, że ktoś tu mieszka, świadczy jedynie wywieszone przed domami pranie. - Tu bym nie poszedł. Nikt nie wie, co jest w środku - mówi Polak. Już na peronie zmienia sie krajobraz. Ludzie wyglądają inaczej. Nie ma białych. Marek zaleca, żebym w pociągu nie wyciągała aparatu. Żeby dostać się na szczyt faweli, należy wsiąść do kolejki linowej, powstałej trzy lata temu. Wcześniej trzeba było radzić sobie o własnych siłach w labiryncie stromych uliczek, gdzie nie ma nazw ulic ani numerów domów.

Miejscowi za przejazd kolejką płacą reala (ok. 1,40 zł), obcy pięć (ok. 7 zł). Skąd w kasie wiedzą, kto jest kto? - To widać - odpowiada Marek. Jedziemy, a poniżej roztacza się las jednorodnych, budowanych z czerwonej cegły domków. Niesamowity widok. Wysiadamy na ostatniej stacji. Spotykamy turystów, stojących przy barierce. Niżej, w gąszcz zabudowań już jednak nie chcą wchodzić. My się nie zatrzymujemy. Podchodzi do nas kilkuletnia dziewczynka, prosząca o pieniądze. Nic z tego. Chwilę później chłopiec, który na mój widok przyznaje, że nigdy nie widział dziewczyny o tak jasnych włosach. Oferuje nam wodę. Kupujemy. Trzeba im pokazać prawidłowe zależności. Dzieci pytają o reale, ale nie są nachalne. Pytają bardziej z przyzwyczajenia, bo parę razy dostały.

Nie są smutne, głodne ani nieszczęśliwe. Wręcz przeciwnie - biegają uśmiechnięte z latawcami albo z piłką. Przed domami stoją grille. W jednym z okien dostrzegam wieżę stereo. Fawele jako "dzielnice biedy" odnoszą się praktycznie tylko do architektury. Jej widok przygnębia. Tu żyje się klanowo, więc jak córka wychodzi za mąż albo rodzina się powiększa, dobudowuje się kolejne piętro. Tak rosną slumsy. Nikt nie pyta o pozwolenie na budowę ani nie płaci czynszu. Większość z tych ludzi nigdy by się stąd nie wyprowadziła. Są dumni ze swojego pochodzenia i nie wyobrażają sobie życia gdzie indziej.

Każda fawela ma swoje prawo i swojego szefa. - Nikt cię tu nie okradnie - przekonuje Marek. Gdyby to zrobił, odciętoby mu rękę. Chodziłby napiętnowany. Ludzie z faweli okradają turystów w bogatych dzielnicach miasta, ale nie na swoim terenie. Szef zaraz by się o tym dowiedział, bo tu każdy zna każdego. Wszyscy wszystko wiedzą. Dlatego nie zamyka się drzwi. Obcy nie może jednak przeginać. Musi znać swoje miejsce i granicę. Nie znał jej jeden dziennikarz, który robił reportaż o prostytucji w fawelach i za dużo chciał wiedzieć. Został skrępowany oponą, oblany benzyną i zrzucony ze wzgórza.

Czujemy na sobie spojrzenia mieszkańców. Bacznie nas obserwują. Ale to bardziej ciekawość niż niechęć czy wrogość. Szybko przełamują lody. Około czterdziestoletnia kobieta sama pyta nas, czy nie potrzebujemy pomocy w odnalezieniu drogi. - Jesteśmy we dwójkę, więc podchodzą z większą rezerwą, ale jakbyś przyszła tu sama, to zaraz by cię wzięli do siebie, ugościli i szybko znalazłabyś miejsce na nocleg - mówi Marek. W drodze powrotnej wdajemy się rozmowę z inną lokalną Brazylijką. Staruszka łapie się za głowę, kiedy mówię jej, że podróż samolotem z Polski zajęła mi czternaście godzin. Zastanawia się, jak długo jechałoby się autobusem. Po chwili opowiada nam historię swojego życia o tym, jak mąż został ją dla innej. Dowiaduję się, że pirania to najgorsza obelga, jaka może paść w stronę kobiety. Na pożegnanie pani mocno mnie wyściskuje, życząc powodzenia.

Fawele to nadal siedliska gangów i centrum handlu narkotykami. Bandytów jest jednak znacznie mniej niż normalnych, pracujących, zadowolonych z życia ludzi, o których istnieniu się nie wspomina. Pracują poza swoimi dzielnicami, w mieście, dla średniej klasy Brazylijczyków. Kobiety głównie znajdują zatrudnienie jako opiekunki do dzieci czy sprzątaczki, a mężczyźni na budowie. Nie jest to rezultatem braku wykształcenia, ale przede wszystkim pochodzenia. Miejsce urodzenia noszą na sobie jak stygmaty. Są z góry gorsi. Kiedy pracodawca ma do wyboru białego człowieka z faweli i ciemnoskórego spoza niej, to bierze tego drugiego. Obok siebie żyją dwa światy, które się praktycznie nie przenikają. A media tę przepaść tylko potęgują. Bo nic tak nie cementuje jak wspólny wróg. W Polsce są to kibole. W Brazylii fawele.


Komentarze do wpisu: Dodaj nowy komentarz

Rosele Pereira (2015-03-27 17:11:33),


Dlaczego nie pisać nazwę Wspólnoty ? Tylko pisze " Favela " ?

Rose (2015-03-27 17:10:39),


Dlaczego nie pisać nazwę Wspólnoty ? Tylko pisze " Favela " ?