19

maja 2012
Skomentuj (0)

Ciężko będzie krążyć niewidocznie wokół w sukience i na obcasach – pomyślałam przed ślubem Rachel i Michaela. Wzięłam jednak aparat w ostatniej chwili. Nigdy wcześniej nie robiłam zdjęć na uroczystości zaślubin. Nawet też nie przepadałam za fotografią tego typu. Fotografików tzw. ślubnych narobiło się ostatnimi czasy na pęczki. Bo bycie fotografem jest cool. Wystarczy sobie kupić lustrzankę i jest interes. A prac, w których widać serce i duszę, można szukać ze świecą. Bo fotografia ślubna zawsze wydawała mi się nie lada sztuką. Wyświechtane "łapanie chwil" ma tu szczególną rację bytu.

Dobra, jak jesteś taki kozak, to idź i sama zrób. Poszłam. Zrobiłam. Wiedziałam, że w razie czego, mogę wszystko wyrzucić do kosza i nikt nie będzie o to krzyczał. Nie miałam możliwości obcykania backstage'u, czyli przygotowań, zdjęć plenerowych ani niczego takiego. Szkoda. To ma największy urok. Pozostał sam krótki ślub i kawałek wesela. Oto co wyszło.


Komentarze do wpisu: Dodaj nowy komentarz