01

stycznia 2015
Skomentuj (0)

"Długa droga, cierniami wykuta/ hejterzy nie przeszliby kilometra w moich butach" - ten fragment kawałka rapera VNM-a chyba najlepiej opisuje mój rok 2014. Intensywny jak sezon angielskiej Premier League, ciężki jak podbiegi na narciarskich trasach Tour de Ski, pełen zmian, niewiadomych i zwrotów akcji jak w powieściach Harlana Cobena. Aż w końcu zakończony tak, że kiedy patrzę za siebie i analizuję te minione dwanaście miesięcy, zastanawiam się, kiedy i jak ja dałam radę tyle przeżyć oraz jakim cudem to wszystko się udało...

Spełniłam największe marzenie w życiu, dostałam stałą pracę przy piłce, pochłonęła mnie nowa pasja. Wydarzyło się jeszcze kilka innych rzeczy, o które równie konsekwentnie walczyłam. To był najlepszy rok w moim życiu.

Jego pierwsza połowa stała pod znakiem batalii o wyjazd na mistrzostwa świata do Brazylii. Chwytanie się różnych zajęć, żeby spłacić bilet lotniczy do Sao Paulo, okazało się jednak całkiem pozytywnym doświadczeniem, jako że lubię, kiedy się dużo dzieje :). W tak zwanym międzyczasie poleciałam do Aten na dwa mecze ligi greckiej oraz pracowałam jako kierowca. Tygodniowo zdarzało mi się robić trzy tysiące kilometrów.

Po niesamowicie udanym dla mnie mundialu dopadła mnie pustka. Co dalej? Czy istnieje życie po mistrzostwach? Na szczęście stan ten trwał chwilę. Tydzień po powrocie z Ameryki Południowej pracowałam już dla AFE - związku profesjonalnych piłkarzy hiszpańskich, który organizował bezrobotnym zawodnikom z Półwyspu Apenińskiego obóz nad polskim morzem.

Kilka tygodni później zostałam pracownikiem Polskiego Związku Piłki Nożnej. Ale zanim podjęłam nową pracę, pojechałam spontanicznie w góry. Kolega zaproponował przejście Orlej Perci, najtrudniejszego szlaku turystycznego w Polsce. Nie wiedziałam, z czym to się je, ale wyczuwałam adrenalinę, więc po prostu dałam się temu porwać. Spędziliśmy siedemnaście godzin na nogach, chodząc i wspinając się. I wtedy TO się stało. Nie chcę jeszcze mówić o miłości, bo pewnie za mało wiem, za mało umiem, za krótko to trwa. Ale... nagle wybuchła nagła i mocna przyjaźń. Jesienią weszłam jeszcze w ulewie na Giewont, w trudnych zimowych warunkach na Kościelec, a w grudniu zaliczyłam nieudaną próbę zdobycia Rysów od strony słowackiej.

Miniony rok utwierdził mnie w jednym - warto walczyć o swoje marzenia, stawiać sobie cele i je realizować. TERAZ. Nie odkładać na później. Ale pomału. Cierpliwie. Konsekwentnie. Nieważne, ile czasu to zajmie i jak mało realne nam się coś wydaje w momencie rozpoczynania. Czas i tak zleci. Ja już projekty na 2015 mam. Duże. Czeka mnie dużo pracy i wyrzeczeń. Wiem jednak, że mogę to zrobić. I zrobię.

Poniżej kilka wydarzeń z 2014 roku w moich kadrach. Zdjęcie powyżej zrobiłam przed historycznym już meczem Polska - Niemcy rozegranym w październiku na Stadionie Narodowym. Później trafiło ono na limitowaną serię... doniczek z kawałkami murawy z tego spotkania. Do dziś hoduję coś takiego na biurku, ale żywot trawy chyba dobiega końca.

Marzec. Jedno z moich ulubionych zdjęć z ulicy. Zrobiłam je przechadzając się uliczkami Aten. Zero ustawianki, czysty fart :)

Maj. Wycieczka do Słowackiego Raju. Bardzo ciekawa trasa do przejścia bez przepaści i wysokości.

Maj. Legia świętuje mistrzostwo kraju na Starym Mieście, a ja siedzę w.... toalecie Zamku Królewskiego i poluję na takie oto ujęcia :)

Czerwiec. Koncert Linkin Park we Wrocławiu. Dostałam aktredytację, mogłam porobić zdjęcia spod samej sceny przez całe trzy pierwsze kawałki. Ostatecznie zamiast trzech były dwa, bo organizatorzy policzyli intro, które minęło w kompletnych ciemnościach.

Czerwiec. Mecz 1/8 finału mistrzostw świata w Brazylii pomiędzy Urugwajem i Kolumbią. Cieszyłam się, że będę miała okazję fotografować reprezentację Urugwaju, a przede wszystkim Luisa Suareza. Niestety, Urusi już wtedy musieli sobie radzić bez jednego z moich ulubionych piłkarzy, który w poprzednim spotkaniu z Włochami ugryzł Giorgio Chielliniego i został zawieszony.

Lipiec. Wycieczka do faweli w Rio de Janeiro. Super, że udało się pospacerować tam zaraz przed zachodem słońca. Zdjęcia robione o tej porze dnia są najbardziej magiczne.

Lipiec. Fawele w Rio jeszcze raz. Najbardziej niesamowity widok, przed którym miałam okazję w życiu stanąć...

Lipiec. Mecz mistrzostw świata Argentyna - Szwajcaria w Sao Paulo i cieszynka Angela Di Marii z Leo Messim. Rzadko mam szczęście do ładnych ujęć radości na boisku. Dobrze, że udało się z udziałem najlepszego piłkarza na świecie.

Lipiec. Obóz hiszpańskich piłkarzy pozostających bez klubu. Tutaj przed grą w kręgle w Gniewinie.

Sierpień. Na szlaku Orlej Perci.

Sierpień. Sesja zdjęciowa Oliviera Kapo, nowego zawodnika Korony Kielce. Kiedy przychodził do Kielc, śmiano się i dziwiono, co były gracz Juventusu i reprezentacji Francji robi w stolicy województwa świętokrzyskiego. Przyjechał z nadwagą, szybko odniósł pierwszy uraz. W ostatecznym rozrachunku kilka bramek jednak strzelił i wstydu nie przyniósł.

Sierpień. Mecz Korona Kielce - Legia Warszawa. To zdjęcie Vytautasa Cerniauskasa trafiło później do kalendarza Korony na rok 2015. Takie sytuacje nadal są dla mnie zaszczytem :)

Wrzesień. Oprawa meczu Ligi Europy pomiędzy Legią Warszawa i belgijskim Lokeren. Zdjęcie zrobiłam z dachu stadionu. Kolejne marzenie spełnione :)

Październik. Panorama z Kościelca, szczytu w Tatrach o wysokości 2155 m n.p.m.

Listopad. Z wizytą w Beskidach u pani Cecylii Kukuczki, żony największego polskiego himalaisty, Jerzego, który 25 lat temu zmarł przy próbie zdobycia południowej ściany ośmiotysięcznika Lhotse. Pani Cecylia była mocna przeziębiona, a mimo to cierpliwie i długo odpowiadała na nasze pytania. Materiał z tej wycieczki jeszcze nie został napisany...


Komentarze do wpisu: Dodaj nowy komentarz