09

lipca 2016
Skomentuj (1)

Vallot. Brzmi trochę jak nazwisko francuskiego piłkarza, nie? Tymczasem jest to schron. Schron dla desperatów, jak to ktoś kiedyś ujął. Dużo o nim słyszałam. Znajduje się na wysokości 4362 m n.p.m. w połowie drogi ze schroniska Gouter na szczyt Mont Blanc. Zmęczeni wspinaczką i wysokością alpiniści często zatrzymują się tam, aby odpocząć, zjeść batona, zwymiotować albo po prostu się przespać, co teoretycznie jest tam zabronione.

Po wejściu do tej blaszanej budy w nozdrza uderza smród moczu zmieszanego z... wolę nie wiedzieć z czym. Po kostki nurkuje się w walających się wszędzie śmieciach. Głównie w strzępach złoto-srebrnych koców termicznych. Ale znaleźć tu można także kawałki starych lin, karimat, śpiworów i... reklamówek z popularnej sieciówki "Piotr i Paweł". Mówią, że największy syf robią tu Polacy. Zimno tu jak diabli. Jedyny plus jest taki, że nie wieje.

Siedziałam w Vallocie już trzecią godzinę. Pod tyłek podłożyłam sobie znalezioną na ziemi podziurawioną od raków matę. Oparłam się o plecak, dzięki czemu nie marzły mi plecy. Przykryłam się starym granatowym śpiworem i kocem termicznym, pozostawionym mi wraz z termosem letniej już herbaty przez moich współtowarzyszy. Zdjęłam raki, buty i jedną wilgotną warstwę skarpet, żeby zagrzać stopy. Siedziałam uparcie po turecku, mimo drętwienia nóg, bo tak było cieplej. Nie mam pojęcia, ile wynosiła temperatura powietrza. Para leciała z ust. Walczyłam ze snem. Bałam się usnąć. Wpatrywałam się w mały obrazek święty, przymocowany do zimnej blachy.

Znajdowałam się dokładnie 448 metrów od upragnionego szczytu najwyższej góry Europy. Zaraz przed wejściem do schronu widziałam go jak na dłoni. Nie wyglądał strasznie. A wręcz przeciwnie - łagodnie, niepozornie, zachęcająco. No chodź, Paula. Jeszcze kawałek stromą granią do góry... Weszłabym. Bardzo wolno, ale bym weszła. Ale... czy bym zeszła? Tego samego dnia musiałam jeszcze wrócić dwa kilometry w dół. Byłam już bardzo zmęczona. Ledwo dotarłam do schronu. Ciężko mi się oddychało. Zamiast postawić stopy najwyżej na tym kontynencie, tkwiłam w blaszanej lodowatej klatce.

Na pierwszą tego lata próbę ataku Mont Blanc a drugą w ogóle  wybrałam się 10 czerwca. Dokładnie w dzień rozpoczęcia mistrzostw Europy we Francji. Kto by pomyślał... No cóż, każdy miał swoje EURO. Aklimatyzacja przebiegła wzorowo. Spędziliśmy dwie noce we włoskim schronisku Torino na wysokości 3375. Wspięliśmy się na szczyt o nazwie Tour Ronde (3792 m). Kiedy przyszła pora na Mont Blanc, figla spłatała pogoda. Trafiliśmy na taki okres, że przez ponad tydzień non stop lało. Dotarliśmy na wysokość 2400 m (ze względu na duży opad śniegu do końca nie dojeżdżała kolejka). Stojąc tam przez kilkanaście minut, słyszeliśmy huki spadających lawin. Widoczności nie było żadnej. Właśnie z góry schodzili Polacy z Wrocławia. Opowiadali, że doszli na 4200 m i ze względu na fatalne warunki wycofali się. Wyżej podobno coś złego się stało. Wszyscy odradzali wyjście w wyższe partie. Zawróciliśmy i my...

W drodze do schroniska Tete Rousse

 

Siedząc w busie i wracając już do Chamonix z oczu popłynęły mi łzy. Tyle przygotowań, nerwów, starań... Żeby po raz drugi mieć takiego pecha do pogody?! Ta góra musi mnie nie chcieć - pomyślałam. Jest jak nieosiągalny na pierwszy rzut oka mężczyzna, który z każdym podejściem daje się poznać coraz bliżej, ale mimo to trzyma na dystans. Chłopaki pocieszali, chcieli pojechać do Włoch, żeby wejść na jakiś czterotysięcznik. Tam jest lepsza pogoda. Ale mnie by to nie cieszyło. Zadzwoniłam do LOT-u i zmieniłam rezerwację rejsu z Genewy do Warszawy na dwa dni wcześniej.

Dwa tygodnie później nieoczekiwanie zadzwonił znajomy. Nazwijmy go Piotrek. Zwolniło mu się miejsce w ekipie. Zapytał czy nie chcę dołączyć do nich i po raz trzeci spróbować. Chciał mi pomóc. Prognozy pogody były o niebo lepsze. Poza tym podobał mi się jego plan wejścia. Bez żadnej innej góry wcześniej, od razu cel główny, z noclegiem w dwóch schroniskach w drodze na Mont Blanc - Tete Rousse i Gouter. Wahałam się jakieś... piętnaście sekund. Rzadko się długo zastanawiam. Kiedy pojawia się jakaś opcja, niemal od razu wiem, czego chce. Zawsze to w sobie lubiłam. Niby rozmyślałam jeszcze nad wszystkimi za i przeciw, ale gdzieś głęboko wybór wydawał się jasny jak dresy węgierskiego bramkarza Gabora Kiraly'ego. Dobra, jadę. Stanę na głowie, ale zrobię to. Czułam, że tym razem się uda. Po co czekać kolejny rok?

Dojście na wysokość 3167 m do schroniska Tete Rousse minęło bezproblemowo. Słońce przygrzewało, do wejścia wystarczyła jedynie koszulka termoaktywna, wokół biegały kozice. Było pięknie mimo tego że nie udało się zarezerwować tam noclegu. Musieliśmy wnosić namioty i śpiwory na sobie. Sielanką nie nazwę natomiast nocy na polu namiotowym. Jak zwykle strasznie marzły mi stopy. Poza tym było bardzo ciasno. Spaliśmy w trzy osoby. Kiedy w końcu po wiekach wiercenia się i układania zasnęłam, a raczej przeszłam w stan czuwania, na nogi postawił mnie helikopter. Krążył tak nisko, że wydawało mi się, że zaraz zmiecie z powierzchni ziemi mnie i cały namiot. Była pierwsza w nocy. Kiedy człowiek się nagle przebudzi w takich warunkach, niewiele do niego dociera. W tamtej chwili myślałam, że następuje koniec świata. Jak się później okazało maszyna ratowała kogoś z wyższych partii gór. Co chwile zerkałam na zegarek w telefonie, który jakimś cudem cały czas działał. Iphony średnio radzą sobie z temperaturą. Spania już nie było.

Jeszcze nisko, jeszcze ciepło, wysokość ok. 2600 m

 

Poranek przywitał nas... burzą. Padało, momentami lało, gdzieś w oddali się nawet błyskało. Tego prognozy nie przewidywały. Góry. Heh... znów trzeba będzie przedwcześnie zawracać? A przed nami najtrudniejszy odcinek w drodze na szczyt - dojście do drugiego schroniska - Gouter na wysokość 3817 m. To niby tylko 600 metrów do góry, ale te kilkaset metrów zawierało full dodatkowych atrakcji gratis - przejście tzw. kuluarem śmierci oraz dużo trudności skalnych. Właściwie same trudności skalne. No, lepiej było nie przechodzić tego w deszczu, tym bardziej że nie byłoby wtedy szans na suche ciuchy w drodze na szczyt.

Siedzieliśmy i czekaliśmy na okno pogodowe chyba do godziny 11:00, po czym wystartowaliśmy. Wstrzeliliśmy się idealnie w moment. Na dzień dobry ten słynny kuluar. Grand Couloir. Ten sam, przez który nie dało się podjąć próby rok temu. Schodzące tam skalne lawiny to norma. Rocznie ginie tam kilkanaście osób. To taka ogromna zjeżdżalnia dla kamieni ze ścieżką do przejścia na samym dole. - Idziemy najszybciej jak się da i patrzymy w górę, czy nic nie leci - powiedział Piotrek. Poszłam na pierwszy ogień. Adrenalina uderzyła do głowy. Dróżka jest wąziutka, ruch wahadłowy, ale to tylko około 50 metrów. Na szczęście, ze względu na duża ilość śniegu, tym razem kuluar nie stanowił wielkiego zagrożenia.

Później była już tylko wspinaczka po skałach. Momentami łatwo, momentami trudno. Taka Orla Perć zimą - określił ktoś znajomy. Wydawało mi się, że w Tatrach robiłam o wiele trudniejsze rzeczy, więc jakoś mi to szło. Nie możesz się zawahać - powtarzałam sobie. Asekurowaliśmy się, ale - wiadomo - lepiej nie odpaść. Jak oni to tu zbudowali? - krzyknęłam, kiedy wspięliśmy się do schroniska. Budynki tak wysoko w górach zawsze robiły na mnie wrażenie. Blaszany, okrągły Gouter przypominał mi stację kosmiczną na jakiejś odległej zimnej planecie. Samo dotarcie do tego miejsca było już jakimś wyczynem. Dwie osoby z naszej siedmioosobowej ekipy na tym zakończyły swoją przygodę z Mont Blanc.

Jeszcze jeden pagórek, i następny, i kolejny.. Wydaje się tak niepozornie. Dobrze, że to już zejście

 

Zaczęłam czuć wysokość. Przez kilkanaście minut nie mogłam wyrównać oddechu. - Jak pierwszy raz wchodziłem, miałem tak samo - pocieszał Piotrek. Ważne było, jak organizm poradzi sobie tu ze spaniem. Mój sobie nie poradził... Mimo warunków nieporównywalnych do zimnego namiotu, sen nie chciał nadejść. Dodatkowo głowę przeszywał tępy ból. Myślałam, że zwariuję. Tym bardziej że zza okna docierały jeszcze promienie słońca. Położyliśmy się spać około 19:00. Mieliśmy wstać o 1:30 i 2:30 wyjść.

- Piece of shit - tak określiłam siebie po pobudce, o ile o przebudzeniu można było wtedy mówić. Przebudzić się bowiem należy mieć z czego. Łyknęłam ibuprom. Zwykle pomagał. Zjadłam na siłę kawałek wczorajszego chleba i kilka kabanosów. Było mi nieco lepiej. Zapaliliśmy czołówki na kaskach i ruszyliśmy w górę. Powyżej 3800 m skał już nie było. Przed nami ostatnie 1000 m stromego podejścia po lodowcu, które na tej wysokości stanowi dla organizmu ekstremalny wysiłek. Od początku szło mi się opornie. - Paula, zmniejsz dystans! Lina jest za bardzo napięta - pokrzykiwała podirytowana towarzyszka wspinaczki, która szła przede mną. - Nie... mogę... kurwa... nie mogę... iść... szybciej - artykułowałam pomału z trudem łapiąc oddech.

Po chwili zauważyłam, że smarkam na czerwono. Niebieskie światełko czołówki oświetliło buta, a potem kurtkę goretexową zaplamione krwią. Było mi strasznie głupio. Mamrotałam coś w stylu przeprosin. - Musimy dojść do Vallota. Zobaczymy, jak się będziesz czuła - powtarzał Piotrek. Do schronu na 4362 m był jednak jeszcze kawał drogi pod górę. Nie dam rady - głowa nie chciała wyrzucić z siebie tego zdania. - Nie puszczę cię samej po ciemku na dół - mówił przewodnik. Musiałam tam dotrzeć. Wpoiłam sobie, że muszę, żeby dać szansę na wejście na szczyt reszcie. Już wtedy zdawałam sobie sprawę z tego, że to jedyne, co mogłam wtedy zrobić.

Zaczęło się robić jasno. Czerwona poświata na horyzoncie wywoływała we mnie dreszczyk emocji. Jak pięknie... Widzieliśmy już schron. Widzieliśmy też wierzchołek góry. Tak blisko...

I tak doszliśmy do początku tego wpisu. Nie buntowałam się. Wypięłam się z liny. - Podjęłaś słuszną decyzję. Myślałem, że będę musiał przemawiać ci do rozsądku - powiedział później Piotrek. Nie, nie byłam wkurzona. Nie rozmyślałam o tym, że kilka metrów wyżej mogłabym zapozować do zdjęcia z przygotowaną flagą. O czym myślałam? Tylko o tym, że mi zimno. Może byłam wtedy zbyt zmęczona na głębsze refleksje?

Przed wejściem do schronu. Za plecami szczyt... Tak blisko i tak daleko

 

Trzy godziny siedzenia w Vallocie minęły nad wyraz szybko. Co chwilę ktoś wchodził, wychodził. - Zimno? Gdzie twoja ekipa? - najbardziej martwili się Rosjanie, którzy nie mogli uwierzyć, że nie rozumiem ich, kiedy mówią po rosyjsku. Częstowali mnie kiełbasą i orzeszkami. Topili śnieg na wodę na herbatę. Jak w Himalajach. - I am out of power - wymamrotałam. Chociaż tak naprawdę dopiero na zejściu dotarło do mnie, jak byłam padnięta i jaką drogę do tej wysokości 4300 m po ciemku pokonałam. Ogrom podejścia. - Gdyby było jasno i byś to z dołu widziała, to pewnie byś odpuściła - żartował Piotrek. Droga w dół nie jest wcale prostsza. Ludzie bywają już rozluźnieni, zmęczeni, najwięcej wypadków przydarza się właśnie podczas tego elementu. Dodatkowo w pionowych momentami skałach cały czas trzeba zachować maksymalną koncentrację. Ja szłam, potykając się już o linę i własne nogi. Do tramwaju, jadącego w dół, doczłapałam o 16:30.

Dałam z siebie wszystko. Więcej już po prostu nie mogłam. Jestem zadowolona. Tak wysoko jeszcze nie byłam. Teraz, wiedząc już jak to wygląda, mam do tej góry jeszcze większy szacunek. Zabrakło po prostu sił. Weszłabym tam, na samą górę, ale czy bym zeszła?

Jedyne zdjęcie, jakie mam ze schronu. Zrobione przypadkowo, podczas włączania go pro. Obfotografowałam cały schron, a przynajmniej tak mi się wydawało... Byłam tak zmęczona, że nie zdawałam sobie sprawy z tego, że nie robię zdjęć

 

I znów siedzę w tej samej knajpie z czerwonymi krzesłami  naprzeciwko poczty w Chamonix. Jakoś lubię to miejsce. Nie chodzę nigdzie indziej. Mają tu naprawdę dobra pizzę. Ogromnie bolą mnie nogi i szyja. Z nosa schodzi skóra. Kelner uśmiecha się na mój widok, ale nie zagaduje już o Mont Blanc. Ostatnio pytał, czy, skoro jestem tu tak często, to pracuję jako przewodnik. Pogoda jest idealna. Na tle błękitnego nieba wyróżniają się paralotniarze. Wokół spacerują ludzie z wielkimi górskimi plecakami. Pewnie też dopiero co wrócili do cywilizacji. Nie wiem, czy jeszcze tu wrócę. Na razie marzę o frytkach i... wizycie  u dentysty. Himalaista Tomasz Mackiewicz po siódmej nieudanej wyprawie na ośmiotysięcznik Nanga Parbat powiedział, że kończy z górami. Teraz zbiera na kolejny wyjazd...


Komentarze do wpisu: Dodaj nowy komentarz

allfrog (2016-07-09 19:52:49),


Góra w końcu puści. Albo zabije. Ale kto nie spróbuje kolejny raz - będzie żałował do końca życia...