28

lipca 2015
Skomentuj (0)

Nie myślałam o niczym. Ani o tym, jak daleko jeszcze, ani o zmęczeniu. Po prostu wlokłam się krok za krokiem. Godzinę za godziną. Skupiona byłam tylko na poruszaniu nogami. Jedna za drugą. Mozolnie do góry. - Licz kroki! - rzucił ktoś. Nie. Nie lubię cyfr. Niczego też nie robię na czas. A czas to znów cyfry. Może dlatego w szkole nie szła mi matematyka.

Oddech stawał się cięższy. Łapałam coraz więcej powietrza. Z każdym napięciem mięśni wydawałam z siebie dziwny dźwięk. Jednak on mi pomagał. Jak tenisiście na korcie. Wyrzucałam go z siebie samowolnie, bezwarunkowo, nieświadomie. Jak pięknie jest wokół. Pięknie, ale i surowo zarazem. Przede mną tylko śnieg i horyzont, do którego trzeba dotrzeć. A za nim zapewne kolejne wzniesienie do pokonania.

- Jesteś czterysta metrów od celu, dasz radę! - mobilizowali partnerzy wspinaczki. Tak. Muszę dać. Muszę iść dalej. Przestanę dopiero wtedy, kiedy padnę i nie zdołam wstać... Kurde, nie wiedziałam, że będzie aż tak ciężko. Ale ja jestem słaba. Przecież wchodzę dopiero na Gran Paradiso. Na 4061 metrów. Dla aklimatyzacji. Tylko dla aklimatyzacji przed daniem głównym - Mont Blanc.

Mamrotałam coś o tym, że ja tu zostanę. Tu, na skale. Na 3700 metrach nad poziomem morza. A oni niech idą dalej. Ale nie myślałam chyba o tym na poważnie. Nie. Już za daleko jestem. Wreszcie. Koniec lodowca. Zostawiamy plecaki. Przed nami ostatni odcinek w drodze na wierzchołek Gran Paradiso. Na widok białej drabinki nad szczeliną odzyskałam siły na nowo. Jak w Himalajach! Nagle całe zmęczenie odeszło w niepamięć. Drabina, po skałach do góry - emocje, adrenalina, ryzyko.

Dotarłam. Jestem na szczycie. Wspaniałe uczucie. Takiego nie daje nic innego na świecie. Szkoda jedynie tych widoków, które przesłaniała mgła. A jeszcze kilkanaście minut wcześniej, na lodowcu, paliło słońce. Gdybym szła szybciej... Zaczęło padać. Trochę deszczu, trochę śniegu, trochę gradu. Gdzieniegdzie grzmiało. Polarowe rękawiczki szybko przemokły. Trzeba spadać. Lało już niemal do końca zejścia. Lodowiec błyskawicznie przeobrażał się w basen. Niby w dół, ale szło się ciężko. Bum, leżę. Gleba. I zaraz kolejna. Raz wyhamowałam rakiem na kamieniu. Niewiele już do mnie wtedy docierało.

Już wchodząc na najwyższy szczyt położony w całości we Włoszech, wiedziałam, że nie dam rady trzy dni później wdrapać się na Mont Blanc. Nie ta forma, nie te progi... Pokora. Za długo borykałam się na wiosnę z własnym zdrowiem. Przez ostatnie pół roku częściej było nękającym mnie wrogiem niż wspierającym kumplem. Nie jestem jeszcze na to dostatecznie przygotowana. Zdobycie Gran Paradiso to jednak doskonała lekcja. Po raz pierwszy na czterech tysiącach metrów, po raz pierwszy po lodowcu - wiem, że nie mam problemów wysokościowych jeszcze na tym etapie. To dobry prognostyk.

Pogodziłam się z tym, że moi towarzysze po aklimatyzacji we Włoszech wejdą na najwyższy szczyt Europy beze mnie. Poczekam na dole z gorącą herbatą. Serio. Tymczasem okazało się, że... na Mont Blanc przynajmniej do końca lipca nie stanie nikt. W czasie naszego pobytu zamknięte zostało schronisko Gouter położone na wysokości 3835 m, bez pomocy którego trudno podejść do ataku szczytowego, wchodząc normalną drogą. Odwołano wszystkie rezerwacje.

To efekt... zbyt dobrej pogody. Paradoks Blanka - jeśli jest za ciepło, źle. Lodowiec topnieje, skały się kruszą, kamienie spadają na ludzi, którzy są bez szans ucieczki. Jeśli zaś mocno sypie śnieg, też nie najlepiej. Do Goutera dojdzie się łatwiej, bezpieczniej, ale wyżej, na grani, będziesz zapadał się po uda, a masz przed sobą jeszcze kilometr w pionie na szczyt.

Rejon nawiedziły w tym roku wyjątkowe upały. Słynny Grand Couloir - żleb, przez który trzeba przebrnąć w drodze na szczyt - zawsze uchodził za ultraniebezpieczny. Obecnie jednak kuluar ten to niemal pewna śmierć. - Jeśli chcecie zginąć, możecie iść - usłyszeliśmy od miejscowych przewodników, którzy zawiesili prowadzanie ludzi na Mont Blanc. - Kamienie spadają co trzydzieści sekund - opowiadali Czesi, których spotkaliśmy na zejściu z Gran Paradiso. Sprawiali wrażenie niesamowicie mocnych alpinistów, a kiedy opowiadali o kuluarze, wyglądali na przerażonych.

Satysfakcja? Radość? Ulga? Bo i tak bym nie weszła? Przemknęło przez głowę. Każdemu by przemknęło. Ludzka rzecz. Ale patrzę przede wszystkim na siebie. Co widzę? Ambicję, chęć walki i długi rok przygotowań. Jak rapował Eldo, "będę walczył, patrz mi w oczy, kurwa nigdy się nie poddam"...

Poniżej kilka zdjęć z wyprawy (fotografia główna została zrobiona na szczycie Gran Paradiso):

 

Przed schroniskiem Vittorio Emanuele II, skąd wychodzi się na Gran Paradiso

 

Wschód słońca zaraz po wyjściu z schroniska w kierunku Gran Paradiso

 

Jeszcze tam za horyzont i później za kolejny...

 

Łyk coli i wdrapujemy się dalej

 

Jeszcze drabinka, trochę kamieni i szczyt!

 

Na szczycie Gran Paradiso

 

Na lodowcu w czasie zejścia ulewa, a zaraz później już od nowa słoneczko

 

Za mną masyw Mont Blanc. Wrócę tam jeszcze...


Komentarze do wpisu: Dodaj nowy komentarz