02

lipca 2017
Skomentuj (2)

Obudziłam się dokładnie w takiej samej pozycji, w jakiej zasnęłam. Miałam na sobie zielony fartuch, do lewej ręki podłączoną kroplówkę. Pierwszą, której byłam świadoma. Otaczały mnie skomplikowane urządzenia, było ciemno i sterylnie - blok operacyjny. Jak w filmach - pomyślałam. Była trzecia nad ranem. Nie pamiętałam ostatnich kilku godzin.

Miałam o tym nie pisać. Ale nie sposób przy tym wszystkim, co się ostatnio u mnie działo dzieje. To wszystko jest zbyt szybkie. Nawet jak dla mnie. Jednego dnia pracowałam w Turcji, drugiego leżałam w stołecznym szpitalu pod pełną narkozą. Bolało zajebiście. Migiem pobiegłam do lekarza, mając przy sobie jedynie paszport i kartę kredytową. Ten dał skierowanie do szpitala, a tam od razu położyli mnie na stół.

Torbiel. Niby pierdoła, ale zakażona. Później zwolnienie, kontrole, przychodnie, codziennie zmiany opatrunku i rana, która nie chciała się goić. Jakaś totalnie nowa, abstrakcyjna rzeczywistość. Nie siedziałam na tyłku przez dziesięć dni. Leżałam, głównie na brzuchu. Jadłam na stojąco. Dla kogoś, żyjącego w takim tempie, półtora miesiąca wyjęte nagle z jakiejkolwiek aktywności, to największa kara. Nie wiedziałam już, co mam ze sobą robić. Na zmianę się z tego śmiałam i śmiertelnie poważnie przeżywałam. A czas mnie gonił, bo miałam robić formę na letni wyjazd. Teraz jest już ok, ale lekarze mówią, że to pieroństwo raczej nawróci i trzeba będzie znów iść pod nóż. "Powinna pani unikać długich podróży". Tak. Ja. Na pewno. Niczego nie zmienię. Wręcz przeciwnie.

W taki sposób rozpoczęłam marzec i cztery, być może, najbardziej intensywne miesiące w życiu. Ten wpis nie będzie skrzętnie przemyślany i składny. Tak jak nie jest moje życie.

Nie wierzę w przesądy ani przeznaczenie. Mam jednak wrażenie, że los daje mi znaki, sygnały. Takim znakiem był też kiedyś mój wypadek samochodowy, w którym miałam tonę szczęścia. Coś na zasadzie - pamiętaj, nigdy nie wiesz, co cię spotka następnego dnia, więc korzystaj na maksa z tego, który trwa. Ten czas rekonwalescencji był katorgą i nawet nie chcę wchodzić w skórę tych, którzy przechodzą znacznie poważniejsze i dłuższe urazy. Ale odsiedziałam, a właściwie odleżałam grzecznie swoje kiedy usłyszałam, że jak się pospieszę, to może znów wdać się zakażenie, a wtedy mam rok z głowy.

Zaraz po tym, jak się okazało, że mogę wrócić do uprawiania sportu, wystartowałam w warszawskim Biegu Konstytucji, a kilka dni później w... Półmaratonie Kieleckim. Spodziewałam się, że nawet go nie ukończę, a tymczasem poprawiłam się o kilka minut względem zeszłego roku. Miło, chociaż czasy w bieganiu nigdy nie były dla mnie zbyt ważne. Po raz kolejny okazało się, że te 21 kilometrów w Kielcach to naprawdę jedna z najlepszych biegowych imprez w kraju, a kilka ich już przeżyłam. Kameralnie, urozmaicona trasa, strażacki zraszacz na 18. kilometrze, niezapomniany doping w parku zaraz przed skrętem w ulicę Ogrodową (dzięki Ola!) i finisz na stadionie Korony - ten start zawsze będę traktować sentymentalnie. W końcu wszędzie dobrze, ale wiecie...

Podczas Półmaratonu Kieleckiego. Dzięki za zdjęcie Aneta Szypnicka!

 

Tydzień później zadebiutowałam w biegu górskim. Dzięki Dyszce Mustanga w okolicach miejscowości Poręba w województwie małopolskim w końcu znalazłam to, czego mi w bieganiu brakowało - adrenalinę. Spacer w dół po stromiźnie o nachyleniu ok. 30 stopni w błocie po kostki, po śliskich kamieniach i wystających konarach drzew jest trudne, a co dopiero trucht. Chyba nigdy w życiu nie byłam aż tak skoncentrowana, żeby nie zaliczyć gleby. Najbardziej frustrujące było to, że ludzie wyprzedzali mnie właśnie na zbiegach. Doświadczenie, technika oraz obuwie w takich warunkach są kluczowe, a ja omal kilka razy nie zgubiłam buta. Starałam się jednak truchtać, nie schodzić, mimo głowy pełnej obaw przed skręceniem kostki. Raz nawet, jak nabrałam trochę pewności siebie, udało mi się efektownie wyskoczyć w górę. Trochę pod publiczkę, bo przed czyhającym za rogiem  fotoreporterem, ale nigdzie później nie znalazłam tego zdjęcia :(. Pięćset metrów przewyższenia to całkiem sporo jak na pierwszy raz w tego typu imprezie. No i  te dwa solidne gołąbki na koniec od organizatora - chyba wrócę tam za rok!

Co ty wiesz o błocie - powiedziałam sobie jednak dwa tygodnie później. Zawsze chciałam wziąć udział w runmageddonie. Ale cholernie bałam się... wody. Tak, tak, ja również mam fobię. Jest nią woda. A dokładniej strach przed zanurzeniem głowy. A wiedziałam, że w tym biegu trzeba tego dokonać, żeby przebrnąć przez jedną z przeszkód. Układ był taki - jeśli wejdę na KIlimandżaro, biegniemy dystans Rekrut na 6 km. Jeśli zaś nie wejdę, wystartujemy w Intro na 3 km. Dziś wiem, że żałowałabym tak krótkiej zabawy. Biegliśmy drużyną w sześć osób z założeniem, że nie oddalamy się od siebie i wzajemnie pomagamy sobie pokonywać kolejne przeszkody. Nie dodałam jeszcze jednej rzeczy! To był runmageddon nocny :). Początek 23:30. A więc latarka na głowę, buty przymocowane do skarpet taśmą klejącą (bez niej nie ukończyłabym tego w obuwiu!), rękawiczki ogrodowe z tesco za 7 zł na rękach, łyk guarany i do dzieła!

Dycha Mustanga. Dziękuję za zdjęcie Magdalena Bogdan

 

Wiecie, co jest najśmieszniejsze? Największą frajdę sprawiła mi przeszkoda z... wodą. Indiana Jones. Spoko nazwa, co? Jak wbiegłam na niewielką górkę i zobaczyłam, co mnie zaraz czeka szeroko się uśmiechnęłam. Byłam wtedy najszczęśliwszą osobą na świecie. Solidnie spocona, brudna i ubłocona miałam za zadanie złapać się liny i niczym tarzan przelecieć ponad zbiornikiem. Nie dało się, rzecz jasna, ominąć go bez umoczenia. Nie czułam strachu, a jedynie ogromne podniecenie. Mimo że nie było głęboko, jakimś cudem oczywiście zanurzyłam się cała,  po czym zaczęłam krzyczeć coś do dziewczyny, która wylądowała zaraz obok i która musiała mieć ze mnie niezły ubaw. Wszystko to odbywało się przy muzyce z filmów z udziałem Harrisona Forda. Na długo zapamiętam również przejścia przez milion ścian, przy których potwornie potłukłam sobie kolana oraz... porodówkę. Organizatorzy mieli niezłą wenę przy wymyśleniu nazw przeszkód. Porodówka polegała na przeczołganiu się w błocie pod oponami, co, zaraz po wbiegnięciu na trzy delikatne górki usypane z piasku, dało upragnione orzeźwienie i ciała, i duszy.

A po tym wszystkim nadszedł czerwiec, który spędziłam w całości w podróży. Najpierw był finał Ligi Mistrzyń w walijskim Cardiff, później zgrupowanie reprezentacji kobiet z meczem na Ukrainie i przerwą na Polska - Rumunia na PGE Narodowym, a na koniec mistrzostwa Europy do lat 21. Jeździłam po całym kraju, robiąc zdjęcia oraz wywiady. Aż z ciekawości usiadłam i podliczyłam to wszystko:

Ja na EURO U21:
- 8 meczów
- 3640 km za kierownicą
- 5310 zdjęć (tyle mam obecnie w folderze EURO U21)

A jakby policzyć cały miesiąc to wychodzi tak:
- 12 meczów (w tym dwa za granicą)
- 9552 km przemierzone
- zdjęć nie chce mi się liczyć :D

Jestem zmęczona, ale to wszystko daje mi niesamowitą satysfakcję i chyba nie umiałabym żyć inaczej. Bo po co żyć inaczej, skoro można tak? Chyba właśnie o to chodzi, żeby czerpać, ile się da, wykorzystywać każdy moment i nie tracić czasu na rzeczy, których się później żałuje.

"Nie chciałem być inny, nie miałem być inny, dziękuję, że jestem tu" - Sulin, "Przyzwyczajenia".

A teraz czas na moment kulminacyjny roku 2017. Spróbuję wejść na dwie całkiem wysokie górki na Kaukazie. Stay tuned :)

Łapcie kilka moich ulubionych zdjęć, które zrobiłam podczas EURO U21:

Włosi po awansie do półfinału rozdawali kibicom  nie tylko koszulki ;)

 

Wschodząca gwiazda reprezentacji Włoch Gianluigi Donnarumma

 

Młody kibic reprezentacji Czech. Lubię łapać takie ujęcia ;)

 

Karol Linetty z mamą po meczu z Anglią w Kielcach, kończącym turniej dla Polaków...

 

Latający Krzysztof Piątek w meczu Polska - Szwecja w Lublinie

 

Wbrew pozorom to nie smutek, ale radość. Radość niemieckiego bramkarza Juliana Pollersbecka z wygrania młodzieżowego mistrzostwa Europy

 

Davie Selke strzela gola dla reprezentacji Niemiec w półfinałowym meczu z Anglikami w Tychach

 

Ludzie na stadionie na widok aparatu albo pozują, albo się zasłaniają. A ta pani zaczęła się śmiać w niebogłosy. Fajnie wyszło :)

 

Radość Niemców ze zobycia mistrzostwa Europy. Omal nie uszkodzili pucharu ;)

 

Stadion w Krakowie podczas finału EURO U21

 

Tak drugiego gola strzelonego Polsce fetowali reprezentanci Szwecji

 

Na koniec zdjęcie z najlepszą historią. Fotoreporter Legii, Mateusz Kostrzewa, na ktorym się wzoruję, w czasie mistrzostw odezwał się do mnie z kilkoma foto-poradami, za co mu bardzo dziękuję. Zasugerował częstsze używanie obiektywu o ogniskowej do 200 mm. Ledwo to powiedział, a dzień później w Gdyni w meczu Hiszpanii z Portugalią do narożnika, w którym siedziałam, podbiegł z gola cieszyć się Saul Niguez. I gdybym standardowo miała podpięty tzw. długi obiektyw, to "cieszynka" na pewno nie wyszłaby tak efektownie. Kadr byłby ciaśniejszy, a zdecydowanie korzystaniej wygląda w tej wersji. I wszystko dzięki Kostkowi! :)


Komentarze do wpisu: Dodaj nowy komentarz

MT (2017-07-05 10:16:22),


Bo Kostek to mistrz w swoim fachu :)

Marek (2017-07-03 03:37:13),


Widzę postępy,bo nic nie znalazłem albo słabo szukałem. Jestem ciekawy co 2018 przyniesie ;)