23

lipca 2017
Skomentuj (2)

Nigdy w życiu nie było mi tak zimno w ręce. Chociaż właściwie to nie wiem, czy było mi zimno, czy już nie - nic nie czułam. Aleksjei zdjął mi łapawice. Pod nimi miałam cieńszą parę rękawiczek. Zaczął uderzać jedną dłonią o drugą, chcąc przywrócić krążenie. Wydawało mi się, że zostały zalane betonem i uderzam teraz tym betonem o beton. Potem pojawił się ból, który przeszył całe ciało. Zgięłam się wpół. Ogarnęła mnie lekka panika. W głowie pojawiły się zdjęcia odmrożonych palców z książek o górach. Automatycznie zapomniałam o szczycie. "Nie za wszelką cenę" - usłyszałam jakby szept koleżanki, która powiedziała mi to zaraz przed wyjazdem.

Znajdowaliśmy się na wysokości 5300 metrów na Elbrusie, najwyższej górze Rosji i Kaukazu, przez niektórych uznawanej także za najwyższą w Europie - zależy, jak przyjmujemy granicę Starego Kontynentu z Azją. Do szczytu brakowało dokładnie 342 metry. W pionie. Dużo. Za sobą mieliśmy prawie pięć godzin wspinaczki. - Miałem wrażenie, że dla niej liczył się tylko wierzchołek albo nic - powiedział później o mnie Aleksjei, rosyjski przewodnik wysokogórski, który wspinał się z nami. Swoją drogą złoty człowiek, który na drogę przygotował nam kanapki i ciastka. I miał rację. Mogłam jeszcze podejść do góry. Ale po co? Co by to zmieniło, że doszłam do wysokości 5400 m zamiast 5300? Dla mnie nic. A na szczyt nie było już szans. No i te ręce... 5300 metrów. Zawróciłam. I... jestem zadowolona.

Wschód słońca na wysokości ok. 4900 m na Elbrusie

 

Elbrus z daleka wydaje się prosty. Nie ma tam technicznej wspinaczki, wysoko wjeżdża się kolejkami. Ale to nie zabawa. - Na żadnej górze nie zmarzłem tak jak tam - mówił mi przed wyjazdem kolega, który zdobywał wyższe szczyty. W głowie siedziała mi także opowieść Ewy - właścicielki agencji Mountain Freaks z siedzibą w gruzińskim Kazbegi (bardzo polecam!). Opowiadała, jak wspinając się tam, płakała z zimna, a cieknące po policzkach łzy zamarzały. To nieprzyjazna góra. Rocznie ginie na niej ok. 15-17 osób. Głównie przez szybko zmieniające się warunki. Przy złej pogodzie bardzo łatwo tu pobłądzić. My też nie mieliśmy bułki z masłem. Miało być bezchmurnie, z wiatrem do 30 km/h. Początek wspinaczki przywitał nas jednak uciążliwym śniegiem i podmuchami ok. 45 km/h. Nie wiem, ile było stopni. W prognozach zapowiadano ok. 25 poniżej zera.

Bardzo ważna, o ile nie kluczowa przy wysiłku na takich wysokościach jest aklimatyzacja. Nawet wysportowani ludzie mają problemy z adaptacją do warunków zastanych kilka kilometrów ponad poziomem morza. Wyżej wszystko przychodzi trzy razy trudniej. Ciężej się oddycha, bo w powietrzu jest mniej tlenu. Każdy krok w górę męczy szybciej niż na nizinach. Organizm potrzebuje czasu. Dlatego też przed atakiem szczytowym spędziliśmy dwie noce w Prijucie - schronisku, a właściwie blaszanych budach na wysokości ok. 4150 metrów. Poznaliśmy tam Sergieja - człowieka-instytucję, jak się szybko okazało.

To duchowny, który nigdy nie został wyświęcony. W Kościele Prawosławnym nie potrzeba jednak święceń, aby przyjąć to miano. Siergiej od kilku lat żyje sam, na uboczu, w surowych górskich warunkach. Dzieliliśmy z nim jeden ze schroniskowych blaszaków. Zna go tam każdy, a on chętnie rozmawia z alpinistami, pragnącymi okiełznać Elbrus. Sam wspiął się na niego kilkanaście razy. - Dokąd idziesz?! - zdziwiliśmy się, kładąc się pierwszej nocy spać. Była 22:00, a nasz gospodarz stał w pełnym ekwipunku i nie zamierzał przykładać głowy do poduszki. - Idę do góry. Najpierw na wschodni wierzchołek, a potem od razu na główny. Wrócę jutro koło 10:00 rano - odpowiedział nam tonem, jak gdyby mówił właśnie o tym, że za moment nastawi wodę na herbatę i zrobi kanapki.

Ja w schronisku Prijut na wysokości ok. 4150 m

 

W nocy obudził nas grad. Pomyśleliśmy o Siergieju. Ale on dzień później powitał nas wesoło informacją o sukcesie swojej misji oraz o tym, że teraz udaje się na sam dół. - Dbam o higienę. Co jakiś czas schodzę, żeby wziąć prysznic i zrobić pranie. Mam swój pokoik u lokalnych ratowników górskich - tłumaczył cierpliwie, reagując na nasze zdziwienie. Wcześniej służył w armii rosyjskiej. Samotne życie duchownego wybrał po wypadku, jakiego doświadczył wspinając się na dwutysięczną górę na Kamczatce. Poślizgnął się i zjechał po śliskim zboczu prawie kilometr w dół. W tym czasie modlił się i obiecał Bogu, że jeżeli przeżyje, zostanie kapłanem. Słowa dotrzymał. Siergiej jest także poetą. Podarował nam nawet tomik swoich wierszy z dedykacją. Niestety nie poczytam sobie, ponieważ książeczka napisana jest cyrylicą, a ja nigdy nie miałam z nią do czynienia.

Kaukaz jest dziki. Szczególnie po stronie rosyjskiej. Ze świecą szukać tam ludzi, mówiących po angielsku. Czasem trafi się jakiś zagraniczny wspinacz, ale dominują Rosjanie. Powierzchnia pasma jest ogromna, góry piękne, jednak brakuje wytyczonych szlaków. Znajdujące się u podnóży Elbrusa miasteczko Azau to natomiast mekka dla narciarzy. Zimą tętni życiem, ale latem nie ma tu tłumów. To powoduje też niskie ceny. Obiad można tu zjeść już za 6 zł. Jak Rosja otworzy się kiedyś na turystykę i zadba o to miejsce, to zaroi się tutaj od ludzi. Dlatego cieszę się, że mogłam zobaczyć to miejsce teraz.

Największe państwo na świecie zaskoczyło nas tym, że o wiele większa kontrola panuje na granicy wewnętrznych republik niż na tej międzypaństwowej z Gruzją. Na granicy Osetii Północnej i Kabardo-Bałkarii trzeba wysiąść z samochodu i w osobnym budynku okazać paszport po gruntowanym prześwietleniu. Wszędzie roi się od groźnie wyglądających i z nieufnością spoglądających strażników z kałachami. Na szybie przy okienku wisi kartka ze zdjęciami poszukiwanych listami gończymi. Ma się wrażenie, że trzeba uważać na każdy krok i każde słowo, a nawet spojrzenie. Bo co by ich powstrzymało? To Rosja. To Kaukaz. - Pa ruski? - zapytał wykoksowany celnik w okienku, przeglądając moje wizy w paszporcie. - Niet - odpowiedziałam. - Do you speak English? - spróbował. - Yes - odparłam. - A my niet! - rzucił niespodziewanie i razem z kolegami wybuchnął śmiechem. Teraz wyobraźcie sobie śmiech Frankensteina albo szaleńca z piłą mechaniczną. Amerykanie podsumowaliby tę scenę słowem "creepy".

Zachód słońca nad Tbilisi

 

Wcześniej do wysokości przygotowywaliśmy się na innym pięciotysięczniku - Kazbeku (5047 m), leżącym w gruzińskiej części Kaukazu. Po prawie siedmiu godzinach marszu dotarliśmy do schroniska Stacja Meteo, znajdującego się na ok. 3670 metrach. Słyszeliśmy wiele negatywnych opinii na temat tego miejsca. Spodziewaliśmy się totalnego syfu i wyobrażaliśmy sobie spanie w kącie na zimnej podłodze. Tymczasem nie było tak źle. Dostaliśmy pokój z dwoma Norwegami i cały spory dół łóżka piętrowego na cztery osoby. Obok schroniska stał pomnik Marii i Lecha Kaczyńskich. Na 3670 metrach powyżej poziomu morza. Nieźle, co? W Tbilisi zaraz po wylądowaniu taksówkarz pokazywał nam ulicę Lecha Kaczyńskiego. Gruzini darzą byłego polskiego prezydenta dużym szacunkiem.

W Stacji Meteo doskwierało zimno i wysokość. Spałam w czapce, polarze, dwóch parach skarpet, a i tak nie mogłam zasnąć. Skronie pulsowały. Organizm pomału orientował się, że zabrałam go w dziwne miejsce. Aklimatyzacja bywa trudna, ale przebiega o wiele łatwiej, kiedy ciało walczy tylko z mniejszą ilością tlenu. Natomiast ja i Kuba musieliśmy radzić sobie z dodatkowymi problemami zdrowotnymi. Czuliśmy się na tyle źle, że nie podjęliśmy ataku szczytowego na Kazbeku. Wierzchołek zdobyli tylko Grzesiek i Michał wraz z przewodnikiem Jabą. Z tego miejsca każdy na całe życie zapamięta jedno - toaletę. O ile w ogóle dziurę w podłodze w małej blaszanej budzie można tak nazwać. Znajdowała się ok. 70 metrów od schroniska, droga prowadziła stromo w dół. Powrót z niej kosztował niektórych więcej sił niż samo zdobycie Kazbeku! No prawie ;) Ale wyobraźcie sobie - jesteście ledwo żywi, boli was głowa, nie śpicie, nie jecie, macie dość życia. I jeszcze z kibla musicie drałować na szalejącym wietrze pod górkę. Niejednego twardziela by to złamało.

Gruzję odebrałam bardzo pozytywnie. Otwarci i życzliwi ludzie (nawet jeśli w ogóle nie mówią po angielsku), piękne krajobrazy, dobre ceny, świetne jedzenie (zostałam obwołana na czas wyjazdy kierownikiem sekcji chaczapuri) - tak ją zapamiętam. Ma jednak różne oblicza. Z perspektywy turysty - życie jak w Madrycie. Z punktu widzenia mieszkańca - już niekoniecznie. Bardzo do mnie trafiła historia pasterza, którego spotkaliśmy w dolince w okolicach Kazbegi, jeżdżąc rowerami. Słońce chowało się za horyzontem, a on wracał ze stadem krów z pastwiska. - Jak wam się podoba Gruzja? - zapytał. - Bardzo - odpowiedzieliśmy. - Dla mnie to gówno - nie przebierał w słowach. Był żołnierzem na misji w Iraku. - Zabijałem terrorystów, nie wiecie, co tam przeżyłem - mówił wprost. Po ośmiu miesiącach przestali mu płacić i wyrzucili jak psa. Dziś od rana do wieczora pilnuje krów, za co otrzymuje... 10 lari dziennie (około 16 zł). Gruzję zamieszkuje dziś ok. 3,5 miliona ludzi, z czego jedna trzecia żyje w stołecznym Tbilisi. Większość pouciekała za lepszym życiem do Rosji, Polski czy innych krajów.

Pasterz, który zabijał terrorystów

 

Czasem ludzie mnie pytają, o czym myślę, kiedy tyle godzin idę pod górkę w ciszy. O niczym. Skupiam się na każdym kolejnym kroku i na oddychaniu, które jest tak prozaiczną czynnością, że na co dzień się nad tym nie zastanawiamy. Bo i po co. Po prostu się oddycha i już. A tam to nie jest takie oczywiste. Właśnie to tak bardzo też lubię w tym wszystkim - tam wysoko najważniejsze stają się rzeczy NAPRAWDĘ istotne i niezbędne do życia. Nie zawracasz sobie głowy pierdołami w stylu 'zimno mi w ręce', bo masz ważniejsze do ogarnięcia. Dopiero później, kiedy na chwilę się zatrzymasz, zdajesz sobie sprawę, że ich nie czujesz. Czasem, kiedy mam kryzys, stawiam kolejne kroki za coś albo za kogoś. Na Elbrusie przez moment wmawiałam sobie, że każdy metr do góry spowoduje, że noga mojej przyjaciółki będzie sprawniejsza.

Próbowałam wejść na dwie góry. Nie weszłam na żadną. Dodatkowo miałam przed sobą widmo odmrożeń. A mimo to jestem zadowolona z tej wyprawy. Pewnie nie w stu procentach, ale w większości. Poznałam dwa interesujące kraje, wiele ciekawych ludzi i ich historie, zaliczyłam ostatnie brakujące mi "w kolekcji" państwo z pięciu największych na świecie (USA, Kanada, Chiny, Brazylia i Rosja). Na tych plusach się skupiam. Tak, szczyt się liczył, jak mówił Aleksjei. Ale przecież, kurde, no naprawdę zaszłam daleko i zdobyłam mnóstwo doświadczenia. Ludzie widzą tylko to, kiedy jesteś na szczycie. Nie widzą całej tej długiej drogi, którą przeszedłeś. A to właśnie ta droga jest najważniejsza. Szczyt to tylko kilka minut.

Więcej zdjęć z Gruzji instagram.com/pauladudapl

Ja w Stacji Meteo

 

Z Aleksjeiem na Elbrusie

 

Dwa wierzchołki Elbrusa

 

Kaukaz po stronie Gruzji

 

Nie na szczycie, ale na tle tak pięknych gór warto zapozować z flagą

 

Na lodowcu schodząc ze Stacji Meteo na Kazbeku

 

Na granicy Rosji i Gruzji


Komentarze do wpisu: Dodaj nowy komentarz

Paula (2017-07-28 21:24:28),


@Scyzoryk Bardzo dziękuję za miłe słowa :)

Scyzoryk (2017-07-24 11:48:50),


Napiszę tak: To fantastyczne wspiąć się na szczyt który jest naszym celem i zrealizować marzenie, bardzo podziwiam takich ludzi. Ale jeszcze bardziej podziwiam i szanuję takich jak Ty. Takich którzy wiedzą, że marzenie nie może być szaleństwem i którzy potrafią samemu sobie powiedzieć stop. To chyba najtrudniejsze co możemy zrobić. Pokonać siebie samego. Naprawę podziwiam i bardzo dziękuję za ten wpis.