17

marca 2015
Skomentuj (0)

Koniec trzygodzinnego spacerku i zapadania się po uda w śniegu. Dotychczas było całkiem przyjemnie. Teraz czas związać się liną. Przed nami wspinaczka, najtrudniejszy fragment w drodze na wierzchołek. Jest piękna słoneczna pogoda. Ale wieje. I to dość mocno. Chowamy się za kamieniem, udeptujemy śnieg, rzucamy plecaki, wkładamy raki, kaski, uprzęże... Uprzęże. Kurde. Przeszukuję plecak po raz kolejny. Nie jest to takie łatwe, ponieważ, jakby to ująć, nie znam jego... topografii. Dostałam go rano po wyjściu z samochodu. Miał być poręczniejszy niż mój. A na pewno bardziej doświadczony. W końcu wspinał się kilka razy w Himalajach. I był. Ale w tamtym momencie... - Nie mam uprzęży - powiedziałam na głos. Byłam pewna, że właśnie w ten głupi sposób zakończyłam moje zimowe zdobywanie ikony Tatr.

Znajdowaliśmy się u podnóży Mnicha. Ten szczyt o wysokości 2068 m n.p.m. przez taterników uważany jest za świętą górę, główną pozycję wśród zdobyczy obowiązkowych, start do ostrogów taternickich. Jego zarys znajduje się na odznakach przewodników. To takie "must have", jeśli chcesz, aby twoje wyczyny w Tatrach ktoś brał na poważnie.

- Nie chodź już w te góry zimą. Nie możesz tego robić latem? - prosiła mnie mama przed wyjazdem na Mnicha. - Kupię ci perkusję, ale nie chodź w góry zimą - no, naprawdę bardzo mnie prosiła. Zapomniała już chyba, jak kiedyś powiedziała mi "kupię ci gitarę, ale nie rób sobie tatuażu". Dziś mam i jedno, i drugie. Po prostu nie uwierzyłam, że kupi :). Jej zapowiedzi nigdy nie należy ignorować.

Mnich miał być Rysami. Do trzech razy sztuka - powtarzałam sobie 14 lutego. Taki prezent chciałam sobie zafundować na walentynki. Bo poprzednie dwa wyjazdy w celu zdobycia najwyższego szczytu Polski zakończyły się fiaskiem. Teraz zapowiadała się świetna pogoda, śledziliśmy od tygodnia uważnie prognozy, byliśmy na łączu z przewodnikiem. - Przyjeżdżajcie, z Rysów raczej nici, obowiązuje trzeci stopień zagrożenia lawinowego, ale Mnich powinien wypalić - zakomunikował nam Grzegorz Bargiel. Rysy mnie unikają, ale dobra, niech będzie Mnich. Miałam ciśnienie, żeby w końcu po dwóch nieudanych próbach wejść gdziekolwiek.

Co wiedziałam o tej górze? Że, w przeciwieństwie do Rysów, nie ma szlaku turystycznego, że jest technicznie bardziej wymagająca, ale jednocześnie łatwiejsza kondycyjnie. A i jeszcze to, że ze szczytu będziemy nie schodzić, a zjeżdżać. Jak to ZJEŻDŻAĆ? I poziom adrenaliny od razu wskoczył na wymagany poziom.  

Mnich to ta samotna oświetlona góra po prawej stronie.

 

Na asystę Grześka zdecydowaliśmy się ze względu na znajomość z jego bratem, skialpinistą, Andrzejem, z którym w październiku przeprowadzaliśmy wywiad do magazynu Tempo. I ta decyzja szybko okazała się znakomitą. Spotkaliśmy się w Zakopanem na stacji benzynowej o 7 rano. Przesiedliśmy się do jego pełnego sprzętu wspinaczkowego busa, którym pokonaliśmy słynną trasę do Morskiego Oka. Dzięki specjalnej przepustce zaoszczędziliśmy czas i energię. Zaparkowaliśmy tam, gdzie zatrzymują się dorożki. Do samego schroniska musieliśmy jeszcze dojść około kilometra. Ale... - Ooo, nasz kolega! - krzyknął wesoło Grzesiek, zatrzymując samochód osobowy.

Kierowcą okazał się Ryszard Gajewski, jedna ze sław polskiego himalaizmu, człowiek, który jako pierwszy zimą wszedł na ośmiotysięcznik Manaslu. Był na tyle uprzejmy, że podwiózł nas pod samo schronisko, jako że takiej osobistości przysługują dodatkowe uprawnienia. Paradoks tej sytuacji polegał na tym, że dosłownie sekundę wcześniej mocno go obgadaliśmy. - Ja cię chyba skądś znam - powiedział Gajewski na widok mojego kolegi, Kuby. - Tak, w grudniu weszliśmy razem na Gerlach - uśmiechnął się Kuba. I właśnie po tej wyprawie chłopaki solidnie wyklinali ponad sześćdziesięcioletniego himalaistę. Że specyficzny, nieuprzejmy, niecierpliwy... Ja też miałam złą opinię na jego temat. Wtedy po zejściu z Gerlacha odbierałam samochodem kolegów. - Paula - przedstawiłam się Gajewskiemu, podając mu rękę. - Przewodnik - odpowiedział gburowato, po czym wsiadł do auta. No i jak tu go lubić?

Przeszliśmy na wskroś zamarznięte Morskie Oko. Później trzy godziny wdrapywaliśmy się coraz wyżej i wyżej. No i co? Nie mam pieprzonej uprzęży. Ale dla Grześka to był pikuś. Nawet nie zebrałam ochrzanu. Sama czułam się już wystarczająco głupio. Cholerny amator parodysta - inaczej wtedy nie potrafiłam siebie nazwać. - A pytałem, czy wszystko macie, mam z dziesięć uprzęży w busie - mówił przewodnik. Ciekawe, co w takiej sytuacji powiedziałby Gajewski? Nie chcę wiedzieć. Grzesiek uprząż zmontował mi więc sam. Tej na szybko poskręcanej linie miałam powierzyć swoje życie. Ale jakoś z miejsca starszy z braci Bargielów zyskał moje pełne zaufanie. Kurde, w końcu gość jest jednym z najlepszych przewodników wysokogórskich w Europie!

Strasznie długo nam z tym sprzętem przez to zeszło. Kiedy ruszyliśmy, nagle niesamowicie zaczęły marznąć mi palce u rąk. Automatycznie przypomniały mi się wtedy wszystkie te historie, które czytałam w książkach, o odmrożeniach i amputacjach. - Dam ci moje himalajskie rękawice - zaproponował Grzesiek. Były tak wielkie, że uniemożliwiały mi chwycenie czekana. Swoją funkcję jednak spełniły. Odzyskałam czucie.

W samą porę, bo za chwilę zaczynał się najciekawszy fragment wyprawy. Przewodnik pierwszy pokonywał trudności techniczne, robił nam asekurację, po czym czekał na nas na górze. Patrząc na to, w jaki sposób on się wspinał, wszystko wydawało się banalne. Dopóki nie przyszła nasza kolej... Dobra. Jedną stopę muszę stabilnie postawić między tymi dwoma skałami. Drugą jakimś cudem wesprzeć się na gładkiej skale o nachyleniu około 30 proc. Kluczowa była prawa ręka. Muszę wbić czekan na tyle mocno, żeby móc się podciągnąć. Nie mogę... Za lekko. Jeszcze raz. Kompletny brak siły. Znów nic. - Dajcie mi chwilę, zaraz sobie poradzę - mamrotałam do moich towarzyszy, wisząc w tej nieciekawej pozycji. Weź się w garść kobieto! Ostatecznie jakoś znalazłam się te kilka metrów wyżej. Miałam jeszcze jeden taki moment, kiedy trochę się bałam. Zabezpieczała mnie lina, ale wolałam jednak nie zawisnąć nad przepaścią. Wystarczyło tylko iść śladami Grześka, a mimo to momentami szeptałam pod nosem "i jak on tędy przeszedł?!".

Na wąziutkim szczycie czułam ogromną satysfakcję. Usiadłam. Bałam się wstać. Nie mam lęku wysokości, a jednak widok pionowych ścian wokół oraz Tatr i malutkiego Morskiego Oka w dolinie robił kolosalne wrażenie. Ogarnęły mnie takie emocje jak w lipcu zeszłego roku, kiedy stanęłam na szczycie brazylijskiej faweli Complexo do Alemao, patrząc z góry na rzesze najsłynniejszych na świecie dzielnic zła i biedoty. Mama! Powiedziałam jej, że zadzwonię ze szczytu. Chciałam przez telefon wykrzyczeć do niej, że jestem właśnie na szczycie Mnicha. Jak Krzysztof Wielicki i Leszek Cichy, kiedy weszli po raz pierwszy zimą na Mount Everest. Nie ma zasięgu. Tak, na wierzchołku największym problemem Pauli był brak zasięgu.

Zejście okazało się niemniej ciekawe. A właściwie zjazd. Stajesz przy krawędzi przepaści, odwracasz się i rzucasz się do tyłu. Wszystko, rzecz jasna, na linie, ale robiąc to pierwszy raz można zzielenieć. Szybko jednak mi się to spodobało. Totalna wolność. Tu i teraz. Ja. Góry. Lecę. Uwielbiam to.

Schodząc już "normalnie" spotkaliśmy... a jakże, Ryszarda Gajewskiego, który kończył właśnie szkolenie lawinowe. Słynący z dość radykalnych prawicowych poglądów przewodnik zwrócił się do jednego z uczestników kursu: - no, powiedz coś po niemiecku. Okazało się, że młody chłopak pracuje w niemieckiej firmie, co, w ocenie Gajewskiego, napędza gospodarkę naszych zachodnich sąsiadów. Kapitał ucieka, polskie firmy upadają. - A ja pracuję w stu procentach w polskiej - pochwaliłam mu się. - W jakiej? - zapytał. - Polski Związek Piłki Nożnej - odpowiedziałam. - Haha, no to taki mały Blatter jesteś - rzekł w swoich stylu Zakopiańczyk, dodając coś o machlojkach i łapówkach (Sepp Blatter to prezydent FIFA).

Tym razem bardziej mnie rozbawił, niż wkurzył. Zresztą, wtedy chyba nikt i nic nie było w stanie mnie zdenerwować. Odwróciłam się. Spiczasty wierzchołek Mnicha lśnił dumnie w promieniach zachodzącego słońca. Kurde, ja naprawdę tam weszłam?

Uwaga, zjeżdżam!

 

Selfie z GoPro na szczycie.


Komentarze do wpisu: Dodaj nowy komentarz