17

maja 2016
Skomentuj (2)


Chyba jeszcze nigdy się tak nie bałam. Ani wtedy, kiedy bez kontroli nad kierownicą jechałam rozpędzona prosto w przyczepę tira, ani schodząc z oblodzonego Kościelca bez raków i asekuracji. Przebiegnięcie półmaratonu zestawione z tymi przykładami wydaje się śmieszne, ale tak właśnie było. Są to jednak zupełnie inne rodzaje strachu.

1. kilometr

Na twarzy maska nie ukrywa strachu w oczach, chociaż strach bywa motorem odwagi, popatrz... - "Puszer" - HiFi Banda

Półmaraton. 21 kilometrów i 97,5 metra. Czego się bałam? Dobre pytanie. Niepowodzenia. Nieukończenia. Braku sił. Zejścia z trasy. Kompromitacji. Niczego nie musiałam. Co najwyżej mogłam. Jak bramkarz przed serią rzutów karnych.

- Co ci się tak ręka trzęsie? - zapytała mama przy śniadaniu. Naprawdę ogarnęła mnie jakaś nienormalna panika. Jesteś pewna, że dobrze robisz? Ja nawet nie lubię biegać. Nudzi mnie to. Po prostu... muszę. Dla kondycji. Nie pochłonęła mnie ta cała moda. Nie biegam dla samego biegania. Półmaratony i maratony wydawały mi się zawsze nieosiągalnym surrealizmem. Gorzej niż u Dalego. Dlatego postawiłam sobie za punkt honoru, że podejmę rękawicę. Bo skoro tyle ludzi potrafi, to dlaczego nie ja?

5. kilometr

Muszę być skałą trwałą, co by się nie działo, całą energię kierować na nią - "Skała" - Małpa

Musisz rozpocząć bardzo wolno, nie polecieć z tłumem, to nie jest dycha, masz to tylko ukończyć - powtarzałam sobie na starcie. Kompletnie nie wiedziałam, czy nie porywam się z motyką na słońce. Wcześniej najwięcej przebiegłam 12,5 km. Chciałam się sprawdzić. Doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, że będę musiała wznieść się na wyżyny własnych możliwości. Chciałam się przekonać, ile mogę i na ile jestem silna nie tylko fizycznie, ale i psychicznie. - Takie dystanse to przede wszystkim głowa - mówili.

Tego dnia jakoś nic nie szło zgodnie z planem. Zaczęło się od tego, że przy rejestracji na bieg wpisałam odwrotnie imię i nazwisko, przez co mama kolegi, która odbierała mój pakiet, nie mogła mnie znaleźć na liście startowej. W efekcie tej pomyłki, zamiast Paula, na moim numerze startowym widniało prezydenckie nazwisko. Później miała miejsce akcja "agrafka". Jakimś cudem pogubiłam swoje. No i czym ja sobie ten numerek przypnę? Rozpoczęło się nerwowe pisanie do znajomych z prośbą o pomoc. Jakby tego było mało, na około siódmym kilometrze wylałam na siebie żel energetyczny. A żel, jak to żel - no kleił się strasznie.

9. kilometr

Każdą przelaną kroplą krwi w imię naszej idei / jeśli nie wywalczymy, nie mamy nic, nie istniejemy - "Jesteśmy tym, o co walczymy" - Trzeci Wymiar

Kolka, kolka, pieprzona kolka. Od czego to się bierze? Obojętnie jak biegnę, wolno czy szybko, czy jem wcześniej, czy mam pusty żołądek, czy jestem zmęczona, czy pełna energii - ona zawsze w końcu dopada i dręczy. Długo. - Który to kilometr? - krzyknęłam do wolontariusza. Odpowiedź mnie nieco podłamała. Dopiero dziewiąty? Szybka analiza - nie jestem jeszcze w połowie trasy, coś z boku niesamowicie boli, poza tym czuję się dobrze. - Podejdź trochę, bo się wykończysz - poopowiadał kolega, który biegł ze swoją dziewczyną, zmagającą się z tym samym problemem. Nie chciałam zwalniać, ale chyba nie miałam wyjścia.

11. kilometr

Kiedy nogi odmawiają współpracy, idź dalej, mogą je uciąć, nie potrzebujesz ich wcale - "Idź dalej" - Pyskaty

Kiedy uporałam się z kolką, odezwało się śródstopie... Zmagałam się z nim od dwóch tygodni. Zaczęło boleć po biegu na 10 km, który odbywał się w ramach ORLEN Warsaw Marathon. Bolało tak, że przez dobre trzy dni utykałam. Przez tydzień nie trenowałam w ogóle aż do Biegu Konstytucji. 3 maja pobiegłam na pięć kilometrów tylko po to, żeby sprawdzić stan mojej stopy. Było w miarę dobrze, ale niestety dzień po starcie znów kończyna się odezwała, a wraz z nią moja frustracja. Nie, nie teraz... Przecież nigdy nie miałam żadnych urazów nóg. Dlaczego teraz?!

13. kilometr

There's no peace, only war, victory decides who's wrong or right / It will not cease, only grow, you better be prepared to fight - "War" - Linkin Park

Zaczęła się walka. Głównie z bólem stopy. Każdy krok powodował grymas na twarzy. Pewnie powinnam była w tym momencie odpuścić. Ale to właśnie miała być moja próba charakteru. Nie poddam się. Dobiegnę, spokojnie, rozbiegam to - powtarzałam sobie. - Biegnij! Dajesz! - krzyczeli biegnący z naprzeciwka znajomi. Oni mieli już w nogach siedemnaście kilometrów. Ta długa mijanka na kieleckiej ulicy Krakowskiej okazała się moją golgotą. Oni biegli grupkami, byli dużo szybsi. Ja biegłam w samotności, wlokłam się, próbowałam nie myśleć o bólu, skupiałam się na kolejnych uderzeniach stopy o asfalt.

Z jednej strony dołowałam się, że jestem taka słaba. Czułam się jak na świeczniku, bo ich wzrok śledził każdy mój ruch. Z drugiej to właśnie oni kazali mi kontynuować. Oni dawali mi siłę, przybijając piątki, uśmiechając się, zagrzewając do boju. Kielecki półmaraton to zupełnie inna impreza niż biegi masowe w Warszawie. Mniej jest ludzi z przypadku, nie biegnie się w tłumie, nie czeka dwadzieścia minut na start. Na trasie nie ma zbyt wielu kibiców. To uczestnicy są sami dla siebie kibicami. Znamy się między sobą. Nie wiem, ile wtedy znajomych minęłam. Z każdym kolejnym coraz mocniej zbijałam piątki. Ta moc i energia płynąca z tego błahego i wyświechtanego gestu przechodziła chyba przez całe moje ręce i żołądek aż do nóg...

Tu dopiero na początku drogi / Fot. Norbert Barczyk

 

15. kilometr

Przekreślaj mnie i znikaj, to nie wpływa juz nic, uświadomiłem sobie, że nie ma przede mną granic - "Skreślony Apostoł" - ZBUKU

Jeśli nie dobiegnę, Liverpool nie wygra Ligi Europy - tak się motywowałam w czasie biegu. Robiłam wszystko, aby mój mózg był przekonany, że to prawda. Że to tylko ode mnie zależy, czy The Reds 18 maja w Bazylei pokonają Sevillę. Łudziłam się, że zadziała prawo Murphy'ego. Powtarzasz sobie coś tak długo, aż w końcu to się urzeczywistnia. Sprawdźmy więc.

Na około szesnastym kilometrze dołączyła do mnie Asia, której oddech przez większość biegu czułam na plecach. Mimo ładnych kilku lat doświadczenia życiowego więcej ode mnie, kazała szybko przejść na ty i obruszała się za każdym razem, kiedy wymsknęło mi się słowo "pani". Całkowicie ją rozumiałam, bo w końcu sama reaguję tak samo na wyraz "Paulina" :). Kompletnie nie pamiętam, o czym rozmawiałyśmy. Dziwię się także, że w ogóle. Kiedy biegam, skupiam się na oddychaniu. Nienawidzę gadać i tracić sił na wyrzucanie z siebie zdań.  Musiałam już być więc już chyba mało przytomna. I, co ciekawe, mimo tego, to ja pomknęłam szybciej do przodu, żegnając się z nią pół kilometra później. 

18. kilometr

Nie ma rzeczy niemożliwych - pierwsze primo /  To nie pomarańcze w '82 ani K2 zimą - "Chcemy sięgać gwiazd" - Diox ft. Eldo, Pelson

Osiemnastego kilometra i pierońskiego podbiegu na wiadukcie na ulicy Krakowskiej bał się każdy. A ja... przedreptałam go praktycznie bezinwazyjnie. Za punkt honoru postawiłam sobie, że się nie zatrzymam. Dodatkowo zaczął padać deszcz. Alleluja! Czułam się, jakby niosła mnie jakaś nieznana siła. Jakby niebiosa krzyczały "biegnij, Paula, biegnij, końcówka"! Ten deszcz był dla mnie jak tlen dla himalaisty na ośmiu tysiącach metrów. Jak dawka heroiny dla narkomana. Jak... dobra, już nie porównuję, bo aż sama się boję, co mi przyjdzie do głowy. 

Ni stąd, ni zowąd, pojawił się Tomek. Człowiek od którego rozpoczęła się moja przygoda z dziennikarstwem, mediami. Człowiek, dzięki któremu być może dziś jestem tu, gdzie jestem, czyli pracuję przy piłce nożnej. Człowiek, który kiedyś dał mi po prostu szansę. Wiedział, gdzie się ustawić. Klaskał, dopingował, biegł kawałek razem ze mną. Nie mam pojęcia, co krzyczał. Ale pewnie też dzięki niemu wtedy się nie zatrzymałam.

21. kilometr

Stawiam nogi na K2, w dole majaczą coś małe widma / Rozkładam ręce, jakbym rozpościerał białe skrzydła / I nie czuje już trudu tych kilometrów, jestem następnym najlepszym, który wszedł tu - "K2" - VNM

Kiedy wbiegałam na stadion Korony Kielce, przeszły mnie ciarki. Na ten moment czekałam. Chciałam pierwszy taki dystans ukończyć właśnie tutaj, u siebie. Jeśli umrzeć, to chociaż na własnych śmieciach, nie? Ten bieg miał dla mnie wymiar sentymentalny. Żaden inny półmaraton tak by nie smakował. I może żaden inny tak nie zmotywował? Jeszcze kilka kroków do mety. Już wiedziałam, że wygrałam. Brakowało tylko flagi. Już wiem, co czują ci, którzy wywalczają złoto olimpijskie.

Dopiero teraz zaczęłam czuć nogi. Nawet stopa się zamknęła. Nie mogła popsuć tej chwili. - Lepiej wyglądała na osiemnastym kilometrze, niż na dziesiątym - powiedział Tomek mojej mamie, która czekała na trybunach. Było w tym dużo prawdy, bo tak też się, o dziwo, czułam. Niewiele rzeczy porównałabym do satysfakcji z ukończenia tego biegu. Tyle zachodu o jeden półmaraton! Ale to wszystko było jedynie elementem w drodze do postawionego sobie na ten rok celu. Ukończyłam. Jestem gotowa. Czas iść dalej. Wyżej.

PS1. Cytaty pochodzą z utworów, które towarzyszyły mi podczas Półmaratonu Kieleckiego.

PS2. Dziękuję wszystkim, którzy 8 maja wspierali mnie na trasie, w szczególności Tomkowi, Długiemu, Asi, Wojtkowi i Patrykowi.

PS3. Za zdjęcia wykorzystane w tym wpisie dziękuję Patrykowi Ptakowi, Norbertowi Barczykowi i Tomaszkowi Tkaczykowi.

Wbiegam na metę / Fot. Patryk Ptak


Komentarze do wpisu: Dodaj nowy komentarz

AZJA (2016-05-18 00:39:32),


Hej Paula, tu Asia zwana Azją. Nie pamiętasz? Ty się skarżyłaś na ból stopy a ja na rwę kulszowa ;-) Stworzyłyśmy sobie 2- osobową grupę wsparcia;-) gratulacje i pozdrowionka ;-)

MC (2016-05-17 21:30:25),


Jeszcze raz brawo Ty ! :)