03

stycznia 2016
Skomentuj (0)

Wpakowałam się do kolejnego samolotu. Wracałam do domu już dwudziestą godzinę. Moje powieki były jak biegaczki narciarskie w Tour de Ski na ostatnich metrach podjazdu na włoski Alpe Cermis - ledwo kontaktujące, jadące już tylko na ambicji, ale jednocześnie podekscytowane, że to końcówka, kilka sekund do mety, do ukończenia morderczych zawodów. Wbiło mnie w skórzany fotel. Maszyna wystartowała i szybko została wchłonięta przez gąszcz ciemnych chmur, a ja mimowolnie zaczęłam układać się do małej drzemki. Po chwili jednak uniosła się ponad nie, a moje oczy nagle odzyskały pełną witalność. Jakby zażyły erytropoetynę.

Uderzyło je piękno tego, co wyłoniło się na horyzoncie ponad chmurami - cudownie ośnieżone trzy- i czterotysięczniki Alp szwajcarskich mieniące się tysiącem odcieni w świetle zachodzącego słońca. Nigdy wcześniej nie miałam szczęścia widzieć czegoś takiego. Zahipnotyzowało mnie bardziej niż wtedy, kiedy stałam na samej górze faweli Complexo de Alemao w Rio de Janeiro i podziwiałam porażający i przerażający zarazem widok brazylijskich slumsów.

Ale jak to? Co jest? Właśnie wróciłam z podroży po Chinach. "Czekamy na relację na blogu" - mówią znajomi. A ja zamiast o Państwie Środka, to o widoku z okienek samolotu... Całą moją koncepcję pisania o Chinach paradoksalnie zburzył lot z Zurychu do Warszawy.

Myślicie, że można zakochać się od pierwszego wejrzenia? Ja zakochałam się dwa razy w życiu. Pierwszy w pewnej dyscyplinie sportu. Miałam dziewięć lat. Trwały mistrzostwa świata we Francji. Siadłam przed telewizorem i bum, stało się. Od tego momentu cały bieg życiowych wydarzeń dyktował futbol. Drugi raz z kolei całkiem niedawno - ledwie półtora roku temu, w sierpniu, gdzieś pomiędzy kolejną granią a kominkiem, ostrożnie stąpając od Zawratu aż po Krzyżne. Co takiego w sobie miała ta Orla Perć?

Leciałam do Chin. Świetna podróż. Drugi koniec świata. Daleka Azja. A ja najbardziej pasjonowałam się tym, czy zdołam dostrzec Himalaje z okien samolotu oraz tym, jaką temperaturę wyświetla mały monitor przede mną. Minus 58 stopni Celsjusza. Lecimy na ponad jedenastu kilometrach. Zgadywałam, ile może więc być teraz na szczycie Mount Everestu. Adam Bielecki wspominał, że podczas zimowego zejścia z Broad Peaku temperatura wynosiła około minus 40 stopni. Broad Peak jest jednak znacznie niższy niż Everest. A więc z 45 kresek poniżej zera?

Adrenalina. Wolność. Oderwanie. Odskocznia. Życie. Góry.

Widok na Alpy szwajcarskie spowodował, że błyskawicznie zapomniałam o tym, skąd wracałam. Ogarnęła mnie wizja postawienia nogi na którymś z tych szczytów. Najlepiej najwyższym. Nie potrafiłam myśleć o niczym innym. Nowa pasja mną całkiem zawładnęła.

Ostatnio koleżanka zapytała mnie, po co to robię? Bo nic nie daje mi takiego oczyszczenia, takiego oderwania od rzeczywistości. Kiedy idę w góry, liczy się tylko to, co jest tu wysoko. Wszystko inne pozostaje na dole dosłownie i w przenośni. Przestaje być ważne. Śmieję się z drobnych ziemskich problemów, bo przecież są tak daleko, a ja zmagam się tu z o wiele poważniejszymi. Walczę sama ze sobą. Sprawdzam granice własnej wytrzymałości. Słabości stają się namacalne. Możesz je w sekundzie przezwyciężyć. A to z kolei sprawia, że czujesz się wielki, wolny, dowartościowany. Czujesz, że możesz wszystko. Jak w kawałku WWO.

A może po prostu nie radzę sobie ze sobą na dole, dlatego uciekam wysoko? "Tylko tu jesteśmy naprawdę sami, tylko tutaj nikt nas nie ma za nic" - rapuje Kartky w kawałku "Mountains". Gdzieś ostatnio czytałam, że góry to taka specyficzna pasja, że ten, kto tego sam nie robi, po prostu nigdy tego nie zrozumie. Bo dlaczego kogoś cieszy zmęczenie, zimno, trudności, ryzyko?

Późno poznałam tę pasję, ten świat. Nie jestem jakaś mocna. Ciągle wyrzucam sobie, że za mało trenuję, że jestem słaba, że muszę zapieprzać, bo góry mnie później brutalnie obnażą. Ale nie jest istotne, kiedy coś zaczynasz, jak długo to robisz i jak dobry jesteś. Ważne, co ci to daje i jak się czujesz, kiedy to robisz.

Od pewnego czasu moje życie toczy się od wyprawy do wyprawy. Ciągle coś planuję. Może to wariactwo, ale od jakichś trzech miesięcy mam juz dokładnie zaplanowaną połowę 2016 roku. Wykorzystuję każdy moment, każdą okazję. Czuję niedosyt, kiedy zmarnuję weekend na siedzenie w mieszkaniu. Cały czas oszczędzam. Kiedyś himalaista Piotr Morawski wypowiedział jedno zdanie, które na długo zapadło mi w pamięć. Co ciekawe, zapadło mi w pamięć na długo przed moja fascynacją górami.

"Na początku twoje życie toczy się normalnie, czasem przerywasz je wyprawami; potem twoje wyprawy toczą się normalnie i czasem przerywasz je życiem".

Piotr Morawski zginął w 2008 roku na ośmiotysięcznym szczycie w Himalajach, Dhaulagiri. Paradoksalnie, nie był wtedy w niebezpiecznej sytuacji ani na dużej wysokości. W dodatku Dhaulagiri miało być tylko wejściem aklimatyzacyjnym przed celem głównym, Manaslu...

Oba zdjęcia zostały zrobione w paśmie gór Qin Ling w Chinach


Komentarze do wpisu: Dodaj nowy komentarz