13

marca 2014
Skomentuj (2)

Wysiedliśmy na stacji metra Irini w Atenach. W oddali widać już było efektowną konstrukcję stadionu olimpijskiego. Do ligowego meczu Panathinaikosu z Arisem Saloniki pozostało około 45 minut. Ale... w zasięgu wzroku nie znajdował się ani jeden kibic w zielonym szaliku. Dopiero tu, na peronie mnie to zaniepokoiło. Szybko dotarła do nas brutalna prawda - to nie tu. Spotkanie zapewne zostanie rozegrane na starym obiekcie jednej z najlepszych greckich drużyn - Apostlos Nikolaidis. Niezła wpadka.

Pytaliśmy wcześniej o drogę pracownika metra i przypadkowych przechodniów. Mówiliśmy, że jedziemy na mecz Panathinaikosu. Każdy z nich kierował nas na Irini. - Basketball? - zapytał młody, dobrze ubrany chłopak, siedzący na ławce. - No, football - odpowiedzieliśmy. Był pierwszym rzeczowym i kompetentnym, a przy okazji w miarę dobrze posługującym się językiem angielskim rozmówcą, na którego natknęliśmy się tego wieczoru. Kazał nam wsiąść do nadjeżdżającego metra razem z nim. W środku skrupulatnie tłumaczył nam, w jaki sposób dostaniemy się na Apostlos Nikolaidis. Okazało się, że przed nami daleka droga i że... jedziemy w złym kierunku. Czar o pierwszej napotkanej kompetentnej osobie prysł.

Wróciliśmy się. Oznakowanie stacji, na której mieliśmy zmienić linię kolejki, mocno nas przerosło. Pogubiliśmy się. Staliśmy na środku wyludnionego peronu i kompletnie nie wiedzieliśmy, w którą stronę powinniśmy się udać. Czatowanie z kolejnymi Grekami przynosiło taki rezultat jak zmiany na stanowisku selekcjonera reprezentacji Polski. Kiedy w końcu nasza orientacja w terenie zdecydowała się nam pomóc, modliliśmy się, żeby zdążyć na drugą połowę.

Z wyprawą do greckiej stolicy jakoś od początku było pod górkę...

Miały być derby. Wielkie derby Aten. Mecz Panathinaikos - Olympiakos nazywany jest Matką Wszystkich Bitew, a greccy fanatycy należą do najbardziej szalonych na świecie. Normą w przypadku tej konfrontacji są pobicia, zabójstwa, materiały wybuchowe... Chcieliśmy doświadczyć prawdziwej futbolowej wojny na własnej skórze. Niestety, miesiąc przed naszym wyjazdem data spotkania została zmieniona przez starcia Olympiakosu w Lidze Mistrzów z Manchesterem United. Kupiliśmy dużo wcześniej bilet lotniczy w takiej cenie, że nie było sensu już go przebukowywać. Trudno. Musieliśmy zadowolić się meczem "Koniczynek" z Arisem oraz na drugi dzień starciem wicelidera tabeli Atromitosem z Panioniosem. Notabene, Atromitos oraz Panionios to również stołeczne zespoły. Derby Aten, jakby nie patrzeć, więc zaliczyliśmy.

Wpadliśmy na stadion Apostlos Nikolaidis w przerwie. Do biura Panathinaikosu Ateny trzy tygodnie przed meczem napisałam maila z pytaniem o akredytację fotograficzną. Nie dostałam żadnej odpowiedzi. Zadzwoniłam tam dzień przed spotkaniem. Usłyszałam, że otrzymali moją wiadomość i że wejściówka będzie na mnie czekać przy bramie wejściowej numer 8. Mogliby jednak wysłać jakieś potwierdzenie... W praktyce na miejscu nie dostałam żadnego papierka. Jedynie znacznik przed wejściem na murawę.

Zostałam wprowadzona do środka prosto z ulicy przez wymalowane sprayem drzwi, przypominające tylne wejście do obskurnego klubu nocnego na peryferiach Nowego Jorku. Tak wygląda zresztą cały stadion. Wybudowany w 1922 roku obiekt, mogący pomieścić ponad 16 tysięcy osób, wielokrotnie był odnawiany. Podobno. Wokół niego znajdują się budynki, nadające się jedynie do gry w paintball, a w czasie meczu także stragany z szaszłykami oraz funkcjonariusze policji w gotowości, podpierający się o przezroczyste tarcze. Kibice wychodzą po piwo do pobliskich monopolowych i wracają na trybuny bez żadnej kontroli. W czasie spotkania co chwilę wybuchają petardy, odpalane są race oraz świece dymne. Nozdrza drażni zapach marihuany. Na solidnym płocie, okalającym sektor najwierniejszych fanów, non stop coś się pali (płot zakończony jest drutem kolczastym). Straż pożarna? Gaśnica? Nic z tych rzeczy. Po prostu Grecja. Niesamowity klimat. Skoro tak wygląda mecz z Arisem, to co tu się musi dziać przy okazji derbów!

Panathinaikos wygrał 4:1. Gwiazdą meczu okazał się Szwed Marcus Berg, uwielbiany przez miejscowych kibiców. Po końcowym gwizdku sędziego stadion szybko opustoszał. Fani przenieśli się do okolicznych barów. Jeden Grek na widok mojego aparatu podszedł do mnie i poprosił, żebym nie robiła zdjęć w pubach. POPROSIŁ. Naprawdę. Nie dało się w jego głosie wyczuć żadnej wrogości czy agresji. Szczerze mówiąc, w tamtym momencie czułam się bezpieczniej niż gdziekolwiek indziej.


Komentarze do wpisu: Dodaj nowy komentarz

Bianca (2017-05-10 17:15:29),


I’m not that much of a online reader to be honest but your sites really nice, keep it up! I'll go ahead and bookmark your website to come back in the future. Many thanks

maryśka (2014-06-24 15:01:13),


Jak śpiewał nasz Rysiek Riedel: W życiu piękne są tylko chwile.... Myślę, że te greckie klimaty to właśnie TE chwile. Fajny tekst Pozdrawiam.