28

sierpnia 2013
Skomentuj (1)

Po co biegasz? Jaki masz cel? - zapytał mnie ostatnio znajomy, osiągający sukcesy w triathlonie. I... nie wiedziałam, co powiedzieć. Kondycja? Dobre samopoczucie? Za mało. - Musisz sobie postawić cel, do którego będziesz dążyć. Cel, dzięki któremu, mimo zmęczenia, przebiegniesz 10 km, a nie 9,5. Drobnymi kroczkami robisz jeden, duży - tłumaczył. - Tylko wtedy ma to sens.

Większość polskich klubów nie ma celu. Prześlizgują się z meczu do meczu, z rundy na rundę, z sezonu na sezon. Żeby było. Polska piłka jest jak nastolatka, która cieszy się z kolejnego przeżytego dnia w szkole. Cieszy się aż do egzaminów końcowych, które, często brutalnie, weryfikują jej całoroczną pracę a właściwie jej brak. Nieważne, co będzie za rok, bo to przecież szmat czasu. Ważne, co będzie jutro. Zapominamy tylko, że to dzisiaj i jutro odbije się w przyszłości.

Mamy w końcu zespół, który ma cel. Mimo niepowodzeń, walczy dalej. Może uda się za rok. Naiwne? Bardziej niepolskie. Przyglądam się działaniom Legii jako obiektywny obserwator od jakiegoś czasu i wiem, że tegoroczny brak awansu do fazy grupowej Ligi Mistrzów niczego nie zmieni w jej polityce. Nadal konsekwentnie będzie się rozwijać. Aż w końcu się uda. Tylko spokojnie.

Mój brat czyta książkę "Arsènal. Jak powstawał nowoczesny superklub". To niesamowite, jak jeden człowiek mógł stworzyć taką machinę. Kanonierzy od dawna niczego znaczącego nie wygrali, nie mają funduszy Manchesteru City, nie sprowadzają gwiazd za grube miliony, a mimo to marketingowo są w czwórce najlepszych klubów piłkarskich na świecie. No i mają trenera, który ma nosa do piłkarzy. Arsène Wenger wykopuje młode talenty, a później sprzedaje za wielkie pieniądze (Vieira, Fabregas, Clichy). U jego boku zawodnicy dobrzy stają się graczami topowymi (Henry, Ljungberg, van Persie). I przy okazji wie, jak obsługiwać się gotówką. Kwotę ze sprzedaży Nicolasa Anelki przeznaczył na budowę olbrzymiego ośrodka treningowego. Tam nic nie bierze się z przypadku. Każdy ruch jest dokładnie przemyślany. Zdawano sobie sprawę z tego, że trzeba czasu i konsekwencji, a nawet zaciskania zębów i niepowodzeń, aby mieć profity w przyszłości. I dokąd menedżerem jest Wenger, Arsenal zawsze kończył sezon w pierwszej czwórce Premier League. Nieźle, jeśli porównać zaplecze finansowe londyńczyków z innymi angielskimi ekipami. I na takie samo "nieźle" stać Legię w Europie. I nie mówcie mi, że to porównanie z dupy - chodzi o koncepcję.

Klub z Łazienkowskiej szybko się uczy. Już nie popełnił błędu z poprzedniego roku, kiedy brak awansu do Ligi Europy oznaczał problemy z domknięciem budżetu. Teraz to nie miało wpływu. W błyskawicznym tempie warszawianie zebrali plony inwestycji w Akademię, która jest dla nich bardzo ważna. Jako jeden z nielicznych polskich klubów Legia potrafi na siebie zarobić. Nie od razu, ale ten sukces przyjdzie, bo widoczne są te małe kroczki.

I to wkurza innych. Krew mnie zalewała (znowu), kiedy czytałam komentarze kibiców innych polskich drużyn przed i po meczu ze Steauą. Że Legia legła, że wyskakuje z lodówki, że dobrze, że nie awansowali i w ogóle forza Rumunia. Serio? Tu właśnie wracamy do punktu wyjścia - celu. Niektórzy, niestety, zapominają, że Legia nie walczyła tylko o fazę grupową Champions League w sezonie 2013/2014 i pieniądze. Legia walczyła o lepszy byt polskiej piłki w Europie, punkty w rankingach, promocję.

Przed meczem wszyscy zarzekali się, że trzymają kciuki, że kibicują, że tego dnia wszyscy jesteśmy legionistami. A po... ba! Nawet nie po meczu, a już po dziesięciu minutach niektórzy pisali, że wiedzieli, że tak się to skończy, że legła i że w ogóle jest fajnie. Radość z czyjegoś niepowodzenia. Głupieję.

Nie chodzi o to, żeby obgryzać paznokcie za każdą polską drużynę na arenie europejskiej. Naprawdę, nie o to chodzi. Niech każdy kibicuje z zgodzie z własnym sumieniem. Sęk w tym, żeby nie obrzucać błotem wszystkiego, co się wiążę z tą Legią. Jeśli więcej energii poświęca się "hejtowaniu" Legii niż wspieraniu własnego zespołu, to o czym to świadczy?

Pieprzona zawiść. Ja na uszczypliwych komentarzach na temat stolicy, "Warszafki" i Legii się prawie że wychowałam. Jak poszłam studiować do Warszawy, to nieraz usłyszałam, że "Warszafki" mi się zachciało. Może pół żartem, pół serio, ale jednak. Wiele osób i miast ma kompleks stolicy. Takie są niestety fakty. Dlaczego?

Za dużo ci Legii w mediach? Jej obecność w prasie nie zależy od tego, czy jest w Lidze Mistrzów, czy nie. Była, jest i będzie, bo to klub, który wzbudza największe emocje w tym kraju. Przy okazji ma fantastycznych kibiców, otoczkę i osiąga sukcesy, co doprowadza do szewskiej pasji ludzi z innych rejonów Polski. No, może poza Szczecinem. A w ogóle czy musisz siedzieć przed telewizorem albo komputerem przez pół dnia? Nie. Wyjdź z domu. Idź na spacer. Rower. Pobaw się z psem. Zagraj w szachy. Oglądanie szklanego pudła czy raczej ścieranie naskórka opuszka palca wskazującego w każdej wolnej sekundzie jest zwykłym lenistwem, do którego większość się nie przyzna, a zamiast tego narzeka, że go media atakują tym czy tamtym. Ja po prostu, jak mam dość, wciskam "off".

Może więc, nie wiem, mniej portali społecznościowych. Mniej wzajemnego nakręcania się. Bo właśnie tak działa globalna wioska. A może po prostu więcej używania własnego mózgu. Nie podcinajmy gałęzi, na której wspólnie siedzimy. Życzę Legii powodzenia w przyszłości.

Na zdjęciu: kontrast. Split, Chorwacja, sierpień 2013.


Komentarze do wpisu: Dodaj nowy komentarz

Maciej (2013-08-28 22:56:14),


Sama prawda. Niestety, ale 90% ludzi w Polsce to bardziej nienawidzi Legii i Warszawy niż kocha własny klub czy miasto. Tego można było doświadczyć jak Legia przegrała mistrzostwo Polski rok temu wszyscy się cieszyli i ubliżali Legii zamiast cieszyć się ze swoich sukcesów. KOMPLEKSY.