08

lutego 2012
Skomentuj (0)

Nieważna gra, ważny wynik – to jedno z ulubionych zdań wypowiadanych przez polskich piłkarzy do dziennikarzy po ledwie wymęczonym skromnym zwycięstwie. To jedno z tych zdań, które nie mówi kompletnie nic, ale załatwia całą sprawę z tłumaczeniem beznadziejnego występu. To nic, że jest wierutną bzdurą. Każdemu sportowcowi zależy na stylu, w jakim się prezentuje. Każdy po swojej pracy zastanawia się, co mógł zrobić lepiej, co zawalił totalnie, a z czego może być zadowolony. Oczywiście jednak nie każdy chce się z tego spowiadać i odkrywać karty przed swoim rywalem, a w przypadku polskich piłkarzy chodzi bardziej o brak jaj i przyznanie prawdy.

Tak samo jest z porażkami. Są różne rodzaje porażek i to ma znaczenie. Inaczej przeżywasz przegrany mecz, w którym nie oddałeś jednego celnego strzału na bramkę przeciwnika, a inaczej taki, w którym trzy razy trafiłeś w poprzeczkę, pięć razy w słupek i zmarnowałeś rzut karny. Porażka to nadal porażka, ale o zasłużonych batach zapominasz szybciej, niż o tych milimetrach, które dzieliły cię od szczęścia.

Dlatego myślę, że Kobe Bryant na dłużej zapamięta poniedziałkowy mecz z Filadelfią 76ers, który miałam przyjemność oglądać na żywo w hali Wells Fargo Center. Od pierwszych minut nie można było mieć wątpliwości, kto jest motorem napędowym Los Angeles Lakers. Kobe rzucał z dystansu z taką łatwością, jakby smarował masłem chleb. W ogóle nie przeszkadzała mu asysta dwóch rywali i kompletny brak miejsca. Po kilku jego akcjach nawet fani Sixersów kiwali głową z niedowierzaniem, choć przy prezentacji drużyn przywitali Bryanta niesamowitym buczeniem. Gwiazdor NBA przyszedł na świat właśnie w Filadelfii, ale kilka publicznych nieprzychylnych opinii na temat swojego rodzinnego miasta i brak jakiejkolwiek więzi z tym miejscem spowodował, że nie jest w domu mile widziany. Za wszelką cenę chciał więc utrzeć miejscowym kibicom nosa. I długo mu się to udawało. Lakersi prowadzili przez większość spotkania.

Wszystko odwróciło się do góry nogami w czwartej, ostatniej kwarcie. Sixersi wyszli na prowadzenie, a Jeziorowcy, widocznie przerażeni szybkością upływającego czasu, zaczęli pudłować i zaliczać straty. Końcówkę meczu kibice zgromadzeni w hali w Filadelfii oglądali na stojąco. Kobe wziął wszystko na siebie. Już nawet momentami nie podawał partnerom, jakby czuł, że tylko on może jeszcze odmienić losy tego spotkania. Tak przyjazny mu z początku gry kosz, stał się jednak później największym jego wrogiem i za nic w świecie nie chciał przygarnąć do siebie piłki, rzucanej przez zawodnika z numerem 24 w zespole Lakers. Gospodarze wygrali 95:90 i potwierdzili, że w tym sezonie są naprawdę mocni. Bryant dzięki swoim 28 trafieniom w tym meczu awansował w klasyfikacji najlepszych strzelców w historii NBA na piąte miejsce, wyprzedzając Shaquille O'Neala, ale zapewne w mgnieniu oka zamieniły to na zwycięstwo.

Tym samym spełniło się moje kolejne marzenie – zobaczenie Kobe'ego Bryanta i Lakers na żywo. Szkoda tylko, że w przegranym meczu, ale w pełni zrekompensowały to emocje, atmosfera na hali oraz ochroniarze, którzy tym razem nie robili mi żadnych problemów z moim aparatem, a nawet nie za bardzo przejmowali się mną w trakcie samego spotkania. Tak jakby czuli, że to dla mnie coś szczególnego i nie chcieli przeszkadzać. Dzięki wam za to. Dzięki również kibicowi Lakers, który głośno wspierał mnie w trudnych chwilach, a który sam musiał przyjąć na siebie sto tysięcy docinków ze strony otaczających go z każdej strony fanów Sixersów.

Na zdjęciu: długo nie mogłam się zdecydować, które wybrać, ale ostatecznie zdecydowałam się na to, gdyż mina Paula Gasola kojarzy mi się z bólem, jaki musieli po tym meczu czuć koszykarze Lakers. Po lewej przyglądający się akcji Kobe Bryant.


Komentarze do wpisu: Dodaj nowy komentarz