26

grudnia 2011
Skomentuj (4)

Świeża i w dodatku równa nawierzchnia na ulicy przekonuje cię, że to nie może być Polska, a już tym bardziej osiedle, które pamięta twoje pierwsze w życiu kroki. Nowe lampy, świecące nieco mniej żółtym światłem niż poprzednie, powodują, że nawet sklep spożywczy pani Zosi prezentuje się okazalej. Po starannie ułożonej czerwono-błękitnej kostce brukowej nie powstydziłaby się przejść sama królowa Elżbieta II. Żywot tabliczki z nazwą ulicy też dobiegł kresu. Jedynie nazwa, choć napisana inną czcionką, pozostała bez zmian. To przecież wciąż to samo miejsce tylko w innej odsłonie, po remoncie. Wszystko jakby znajome a zarazem kompletnie obce. Czujesz, że to znasz, jednak uczysz się poznawać na nowo. Takie właśnie były dla mnie tegoroczne święta Bożego Narodzenia.

Czy to naprawdę te święta? Pytałam siebie, otwierając trzecią z rzędu małżę podczas kolacji wigilijnej, którą nazwałam tak tylko na potrzeby tego tekstu, bo jako takiej wigilii w Stanach się nie obchodzi. Nigdy nie przepadałam za owocami morza. Ale to chyba efekt braku przyzwyczajenia do nich i tradycji ich spożywania. W Polsce są one wciąż dobrem nie tyle mało powszechnym, co wręcz ekskluzywnym. Zawsze łatwiej jest pozostać przy starym niż spróbować nowego, więc… wybrałam tę drugą opcję, coby nie mieć w życiu za łatwo. I posmakowałam zarówno małże, jak i jedno z najpopularniejszych świątecznych dań w USA – homara. Nie zebrałam się jednak w sobie na tyle, żeby rozbroić go samej przy użyciu specjalistycznych narzędzi, przypominających klucze w warsztacie samochodowym.

Moje postanowienie wczesnego położenia się spać tego dnia zakończyło się fiaskiem, gdyż za punkt honoru obrałam sobie wcielenie się w rolę św. Mikołaja późnym wieczorem. Ktoś w końcu musiał zjeść przygotowane dla niego na talerzu w kształcie choinki ciasteczka domowej roboty i… marchewki, żeby nie było, że święty źle się odżywia. A po szybkim posiłku trzeba było po cichu wypełnić słodyczami wiszące nad kominkiem skarpety, rozłożyć na podłodze prezenty i zostawić elfa na drzewku świątecznym.

W świąteczny poranek udało mi się pospać do 7:00, cudem włożyć coś na siebie i zachować równowagę na schodach przy procesie sprowadzania poganiania na sam dół z trzeciego piętra. Warto było jednak przeprosić się z worami pod oczami dla tego widoku i emocji mu towarzyszących. Nigdy w życiu nie dostałam naraz tylu prezentów i to od obcych ludzi! Niektóre przyszły nawet pocztą z innego stanu. Nie wierzyłam, kiedy przed tym całym zamieszaniem, przekonywano mnie, ile to ja dostanę upominków. Amerykanie kochają prezenty. Na szczęście nie tylko dostawać, ale i dawać.

To piękne, ale i jednocześnie smutne. Bo święta to dla większości Amerykanów… tylko prezenty. Choinka, przyozdobiona milionami ornamentów, dom oświetlony lepiej niż dział z lampami w hipermarkecie, lukrowane ciasteczka, mnóstwo jedzenia i prezenty. Kropka. To całe święta. Nikomu nawet przez myśl nie przeszłoby, co oznaczają ani skąd się w ogóle wzięły. W świątecznych piosenkach nie ma ani słowa o Jezusie czy stajence. To samo na kartkach świątecznych, które Amerykanie ubóstwiają i wysyłają ich tysiące (a ponoć to przeżytek). O pasterce czy spacerze koło kościoła nawet nie wspominam.

– Wiecie, o co chodzi w tych całych świętach? – zapytałam dzieciaków z lekkim niepokojem w głosie. – Jezus się tego dnia urodził – odpowiedziały. Uf, wiedzą. Jakoś dziwnie mi ulżyło, bo naprawdę spodziewałam się każdej odpowiedzi. A wcale nie zaliczam się do najpobożniejszych na świecie. Do ideału chrześcijanina jest mi równie daleko co do rozpoczęcia studiów matematycznych. Po prostu wierzę w Boga, a Boże Narodzenie to jego święto. To nie jest święto Mikołaja, gwiazdora ani elfów. Tylko Boga. I trzeba o tym pamiętać. – Większość ludzi tutaj dość liberalnie podchodzi do tych kwestii i nie praktykuje chodzenia do kościoła. Mało kto przyjmuje sakramenty takie jak komunia czy bierzmowanie – opowiadał mi znajomy sąsiad. – Nie mam z tym problemu, tyle że takie osoby nie powinny więc też praktykować Bożego Narodzenia – stwierdziłam szybko. – No… Nie powinny… – przyznał mi rację. A są tu także tacy, którzy celebrują Boże Narodzenie, choć nawet nie są katolikami! Przeklęta komercja i reklama potrafią zrobić wszystko z człowiekiem…

Życzę Wam z okazji świąt, abyście zawsze pamiętali o ich istocie i nie dali się porwać wirowi umacniającej się z roku na rok komercjalizacji tego ważnego wydarzenia. A nawiązując do tytułu wpisu, jak najmniej kopiowanych na ślepo życzeń i głupich rymowanek z Internetu :). Wesołych!

A i jeszcze jedno. W te święta nie było Kevina. Nie wszyscy Amerykanie nawet widzieli ten amerykański film, co w Polsce jest niemalże niedopuszczalne. "Naprawdę? W Polsce Kevin to świąteczna tradycja? Zabawne…"

Na zdjęciu: nocne dzieło Mikołaja.


Komentarze do wpisu: Dodaj nowy komentarz

ginka (2016-08-07 10:32:34),


Piękne...Podobne wiersze pisze dziewczyna tutaj A może to jedna i ta sama???

Ace (2014-03-27 22:04:14),


Pierre, your posts are always worth the wait, which never seems very long. I'm lonivg Monster Crazy as well. It's a great place for a daily dose of monster eye candy.

kinga m (2011-12-26 13:12:34),


Naprawdę świetny tekst Paula. Wesołych Świat i dokształcaj ich tam w kwestii tradycji ;)

MarcinW (2011-12-26 11:02:15),


Wesołych Świąt Paula i nie przesiąknij za bardzo tą Ameryką. A co do Kevina to ja go przespałem. Taka drzemka między Wigilią a Pasterką. Pozdrawiam :)