10

lutego 2012
Skomentuj (2)

Co do tych wyborów Miss Korony Kielce…

Dużo osób mnie pytało, co mnie podkusiło, że wysłałam swoje zgłoszenie, bo to przecież zupełnie nie w moim stylu. Odpowiedź brzmi: nic szczególnego. Siedziałam sobie pewnego wieczoru przy komputerze i pomyślałam "a co mi tam". Ostatnio podejmuje wiele działań po zadaniu sobie sakramentalnego pytania: co mogę stracić? Jeśli wydedukuję, że nic, to działam. I tak poszło.

Szkoda tylko, że w przeciwieństwie do lat ubiegłych tegoroczne wybory rozegrano bardzo po łebkach. Kiedyś kandydatki miały robioną całą sesję zdjęciową w barwach klubowych. Żeby każda prezentowała się podobnie, przez co można było obiektywniej oceniać. A teraz? Każde zdjęcie z innej beczki. Każdy może być Messim na Youtubie. Tak samo jest z fotografiami. Mało która pofatygowała się nawet założyć szalik na tę okazję. Owszem, Miss Korony można być i w barwach klubowych, i bez nich. Nie chodzi też o to, żeby wyliczać kandydatkom, ile razy były na meczu. Ale na litość boską, to wybory Miss Korony Kielce, a nie Miss Polonia. Ja to rozumiem tak, że dziewczyny kandydujące w tym konkursie powinny przynajmniej lubić Koronę. Nie zarzucam nikomu, że nie lubi. Bo tego nie wiemy. Problem w tym, że nie wiemy też tego, czy lubi. Kiedyś przy nazwisku każdej dziewczyny widniał krótki opis z informacjami w stylu jak długo chodzi na mecze, kto jest jej ulubionym piłkarzem – podstawy. Teraz nawet tego zabrakło. W tego typu zabawach uroda to oczywiście jedno. Jakikolwiek związek z klubem to drugie. I powinno to iść ze sobą w parze.

Nie chcę, żeby zabrzmiało to tak, jakbym uważała się za doskonałą kandydatkę. Bo tak pewnie niektórzy pomyślą. Nie. W żadnym wypadku. Nawet nie uważam, jakobym się nadawała do takich zabaw. Kreacje, makijaże, manicure – to nigdy nie była moja bajka. Na sesję zdjęciową, z której pochodziła fotografia, posłana na konkurs, trzeba było mnie namawiać chyba coś koło roku. Mam ważniejsze rzeczy w życiu do roboty niż pozowanie i strojenie się. I wiecie co? Jestem z tego dumna i zajebiście dobrze czuję się sama ze sobą. Wynik w tym konkursie obchodził mnie tak jak obecna pogoda na Seszelach. Fajnie, że nie byłam ostatnia, ale żaden rezultat nie wywarłby najmniejszego wpływu na moje życie. Wygrana nie spowodowałaby, że będę bardziej lub mniej kochać klub z mojego miasta.

Ja i tak ten konkurs wygrałam. Wygrałam tym, że odważyłam się wystawić pod krytykę i opinie innych. Doskonale wiem, jak bardzo ludzie lubią oceniać, szczególnie krytycznie i szczególnie publicznie. Po to właśnie robi się takie konkursy – żeby sobie ludzie pooceniali. A to, że niektórzy zamiast oceniać, obrażali, to już świadczy tylko o nich.

Dzięki za fajną zabawę, oddane na mnie głosy i zaangażowanie, które pokazało wiele moich znajomych, niekoniecznie bliskich przyjaciół. Gratulacje dla zwyciężczyni Oli Kraszewskiej. Należało Ci się. A i szkoda, że tradycyjną prezentację drużyny przed rozpoczęciem rundy wiosennej przestało się robić dla kibiców.

Na zdjęciu: miss Korony 2011.


Komentarze do wpisu: Dodaj nowy komentarz

Meridith (2017-05-16 06:01:30),


My brother suggested I would possibly like this website. He used to be entirely right. This submit truly made my day. You cann't believe just how a lot time I had spent for this information! Thank you!

Hamka (2014-03-27 16:23:54),


Sensei pisze:Masz 100% racje, mało kto potrafi stać się pewynm siebie, co więcej, mało kto prf3buje! Przeważnie wynika to po prostu z faktu, że nikt wcześniej nie podał ręki i nie pokazał, że można się tego nauczyć.Jeśli chodzi o granicę między arogancją, a pewnością siebie, to ciesze się, że to zauważasz. Zgadzam się, że to bardzo ważna kwestia. Pozwf3l, że przytoczę fragment manifestu:Oczywiście facet nie może przesadzać i być tzw „kozakiem”. Bo to wcale nie znaczy, że jest pewny siebie, tylko że jest pajacykiemprzechwalającym się czego to on nie ma i czego to on nie zrobił. Jak to mf3wi moja koleżanka: „na sam dźwięk jego słf3w, jak się zaczyna produkować i pie***lić co to nie on, moje śniadanie chce zobaczyć światło dzienne”.