14

marca 2012
Skomentuj (3)

Amerykanie jarają się byle czym. Zdecydowanie nadużywają słów "cute" i "excited". Właściwie wszystko jest cute, a oni są cały czas excited. Kiedy się witają, zachowują się, jakby spotkali zaginionego przed dziesięcioma laty członka rodziny. Stereotyp biegającego z aparatem fotograficznym podnieconego azjatyckiego turysty można spokojnie zamienić na Amerykanina przy kości, rejestrującego skrupulatnie wszystko swoim iPhonem. Uśmiechów, poklepywania po plecach i upewnień, że rozmówca ma się dobrze nie ma końca. Czasem się zastanawiam, skąd oni biorą tyle energii? To plastikowe żarcie z supermarketów tak ich pobudza? Jeśli tak, to na mnie ono tak nie działa. A szkoda.

Ale i tak kocham ich mentalność. W Polsce, kiedy wychodzę na ulicę w złym humorze, patrząc na ludzi lub się z nimi komunikując, mogę w najlepszym wypadku popaść w głębsze przygnębienie. Zazwyczaj. W USA chce się wychodzić do drugiego człowieka i pytać go o drogę, nawet jeśli się ją zna. Zaraz opowie ci historię swojego życia i zaprosi na kawę. Łapiąc z kimś kontakt wzrokowy, choćby na ułamek sekundy, w odpowiedzi otrzymujesz uśmiech. I nikt nie pomyśli: i czego on ode mnie chce?!

Dla nich takie zachowanie jest czymś normalnym. Tak zostali wychowani. Ja obserwuję to z boku jako przybysz z owianego przygnębieniem, bezrobociem, inflacją i wciąż żywą krwawą historią kraju nad Wisłą. I chcę się tego uczyć. To wszystko ma to swój urok. Zastanawiam się parę razy, czy to może nie jest zwykły fałsz i obłuda. Robienie dobrej miny do złej gry, że jest świetnie, kiedy w rzeczywistości jest fatalnie, ale nikt nie chce się do tego przyznać. Jednak im dłużej tu jestem, przekonuję się, że chyba nie. Oni naprawdę w większości cieszą się z tego, co mają. Potrafią doceniać małe rzeczy. Nie narzekają, że mają do wykarmienia czwórkę dzieci. Wiedzą, że sami chcieli tyle mieć. Często odpowiednie podejście jest kluczem do szczęśliwego życia. A wcale łatwiejszego życia niż my, Polacy, nie mają. Też borykają się z masą problemów, zarówno politycznych, jak i finansowych, a także przede wszystkim z nadwagą. Ale ludzie wcale nie czują się gorsi czy zakompleksieni. I kto mi powie, że to nie kwestia mentalności?

Na zdjęciu: panie wracające z International Flower Show, który kilka dni temu zakończył się w Filadelfii. W USA w tym wieku żyję się dopiero pełnią życia.

PS. Mało ostatnio piszę i sobie to wyrzucam. A wszystko dlatego, że wkręciłam się w serial Lost i oglądam z zapartym tchem odcinek po odcinku każdego wieczoru :).


Komentarze do wpisu: Dodaj nowy komentarz

MarcinS (2012-03-20 06:14:15),


mnie to nigdy nie irytowalo ani w uk ani w usa bo sam fakt optymizmu jaki mozna od obcych ludzi wziac jest mega....

Paula (2012-03-14 18:26:52),


Kinga, u Amerykanów widać to jeszcze bardziej niż u Anglików.

Kinga M (2012-03-14 18:07:45),


Anglicy też mają podobnie. Fajnie ,że się cieszą ale po czasie zaczęło mnie irytować to ,że cieszą się z wszystkiego. Ja jak mówię ,że coś jest super to jest. Nie nadaje takiej wartości 80% rzeczy....